Wstręt do mimetyzmu | Wywiad z Jakubem Julianem Ziółkowskim
Od dawna powtarza się motyw głowy. Często otwieram głowę i badam ten pulsujący wielki generator, wielką niewiadomą. Stabilnym tematem jest osobliwa martwa natura i człowiek; studium ciała, w którym skóra nie stanowi bariery, staram się przez nią przenikać i inscenizować to, co może być w środku, przyglądam się wewnętrznym kolorom, określam „ducha”. Powtarza się portret oraz wariacje na temat wszystkich części ciała. Ostatnio pojawił się motyw „Magicznego Kapelusza”. Jeśli można sobie wyobrazić, co mieści się w przysłowiowym Magicznym Kapeluszu to tam należy szukać moich inspiracji.
Czy na Twoje malarstwo miała wpływ przyroda Roztocza – jakiś genius loci Zamościa i okolic? To są prace bardzo „organiczne”, „przyrodnicze” właśnie - choć oczywiście w pewnym uproszczeniu, nie wszystkie. Jak Ty to widzisz? Ja patrząc z zewnętrz siłą rzeczy szukam tego typu związków. A może przyroda kompletnie cię nie interesuje?
Miejsce, w którym się dorasta ma wpływ na osobowość, a ja nadal jestem bardzo emocjonalnie związany z Zamościem, z Roztoczem, mam swoje ulubione miejsca, górki, leśne drogi. Nie wiem czy na zawsze pozostanę chłopakiem z prowincji, ale wrosło we mnie prowincjonalnie tempo życia: adagio i andante, spokojnie, bez radykalnych zmian. Jak tylko przyjechałem na studia do Krakowa to przez pierwszy rok ani razu nie wsiadłem do tramwaju, oczywiście ze strachu, że się zgubię w miejskiej dżungli. Dlatego siedziałem w domu i rysowałem, całymi dniami i nocami. Do dziś znam nazwy tylko kilku ulic, miasto mnie nie pociąga.
Pierwsze motywy gęstych roślin mogą mieć związek z podróżą do Brazylii, kilka lat temu. Ten wyjazd był pierwszym kontaktem z prawdziwie dziką przyrodą, z innym światem. Do dziś mam w pamięci widok gęstego lasu na pograniczu Brazylii i Argentyny, ogromne korzenie, niepokojąca cisza, półmrok, upał, wilgoć, i tabliczka: wstęp na własne ryzyko. Potem miałem okres orientalny, co było po części związane z wyjazdem do Chin. To wszystko jest o tyle ciekawe, że wspomnienia, jakieś chwilowe wrażenia, o których się nie myśli wracają po kilku latach jak echo z nowym przekazem. Dopiero teraz zastanawiam się, co widziałem, a miałem to szczęście, że sporo jeździłem.
Czy inspiracje pozaartystyczne mają wpływ na to, co robisz (muzyka, film)?
Wydaje mi się, że takie pytania nie dotyczą inspiracji, ale po prostu mojego gustu odnośnie muzyki, sztuki, kultury. Nie traktuję muzyki jako bezpośredniej inspiracji, lecz jako przyjemnego tła do pracy. Bardzo lubię muzyczny minimalizm: Reich, Glass, Riley. Dobrze pracuje mi się z klasyką, współczesną symfoniczną, awangardą (Cage, Feldman, Kagel, Nono). Oprócz tego radiowa „Dwójka” i szerokie spektrum dźwięków od Keitha Jarretta, Reggae, do Neila Younga i tak dalej… Bardzo bliskie mi są filmy Godfreya Reggio, „Nagi Lunch” Croneneberga, lubię Kurosawę, Jarmuscha, Bergmana, staram się być otwarty.
A co z twórczością innych artystów? Z nadrealizmami wszelkiego typu – od surrealizmu po np. Marcela Dzamę, Manuela Ocampo, Philipa Gustona, Henry’ego Dargera?
Przyjacielem wspomnianego kompozytora Mortona Feldmana był malarz Philip Guston, którego wymieniłeś. Wywarł na mnie większe wrażenie, niż pozostali wymienieni przez Ciebie artyści. „Portret M.F.” z dymiącym papierosem to niewątpliwie jeden z moich ulubionych obrazów. Darger to inna bajka, fascynująca. Nadrealizm i surrealizm - lubię pooglądać przed snem takie malarstwo, a jeśli nadal nie mogę zasnąć to sięgam po książkę Alfreda Kubina „Po tamtej stronie”. Kubin to szalenie ciekawa postać, niestety trochę zapomniana. Nie chcę zrobić wyliczanki tego, co mam na półce, Banksy stoi obok Boscha, Ensor obok Oehlena, ogólnie lubię malarstwo.
Czy wyobrażasz sobie, że możesz namalować obraz „na temat”, a na współczesny temat – w szczególności? Jak się zapatrujesz na, nazwijmy ją, „sztukę zaangażowaną” - zaangażowaną w obrazowanie rozmaitych form doczesności, ale także ideologicznie, politycznie?
Możesz mnie żartobliwie nazwać malarzem jaskiniowcem. Nie oglądam TV, sporadycznie czytam gazety, nie interesuję się sztuką zaangażowaną. Wolę przeznaczyć kilka godzin na malowanie niż analizować teksty o upadku malarstwa. Jeszcze nie doszedłem do takiej doskonałości, żeby mi się obrazy same malowały. Może wówczas miałbym czas na dywagacje o tym, co się kończy, a co zaczyna - najlepiej w stylu Prousta.
Każdy obraz jest na jakiś temat, czy na współczesny temat - to zależy od interpretacji, uniwersalizmu tego, co i jak jest namalowane. Niedawno skończyłem obraz o „Wielkiej Bitwie pod Stołem”. Człowiek mierzący kamieniem w drugiego człowieka to temat zawsze aktualny. Czy po takim obrazie nazwą mnie artystą antywojennym i zaangażowanym? Jeden krytyk potwierdzi, inny zaprzeczy, a ja w tym czasie zacznę kolejny obraz.
Jaki widzisz u siebie progres? Chodzi mi zarówno o kwestie czysto formalne (konkretne rozwiązania malarskie), jak i mentalne. Do jakich rejonów Cię ciągnie teraz, a do jakich ciągnęło kiedyś?
Wcześniej pracowałem intensywniej, szybciej, ale chaotycznie, w bałaganie myśli. Z czasem nabrałem pokory i cierpliwości. Dwa lata temu obraz powstawał w przeciągu jednej sesji, najdłużej przez kilka dni. Teraz mogę siedzieć nad jednym płótnem tygodniami, nawarstwiając historie, precyzyjnie modelować detale. Dodatkowo zaczynam notować różne uwagi, wizje, motywy, żeby mi nie wyleciały z głowy. Często pracuję nad cyklem obrazów, drążę jeden temat, nie rozpraszam się. Prace są lepiej malowane, bardziej przemyślane i wydaje mi się, że są ukończone, jest tak jak ma być. Stałem się krytyczny, wybredny, jeśli coś mi nie pasuje to zmywam płótno, zaczynam od nowa.
Progresem nazwałbym pojawienie się gwaszy na papierach, które wypełniły lukę pomiędzy malowaniem na płótnie, a nocnym rysowaniem przy lampce. Myślę, że pracuję bardziej profesjonalnie, ale nieustannie z taką samą radością i ciekawością procesu malowania jak wcześniej, a każdy nowy obraz to nowa i ważna lekcja. Odnośnie „nowych rejonów” to nie chcę mówić o czymś, co traktuję jako eksperyment i nie wiadomo, co z tego wyniknie.
Bardzo dużo w Twoich pracach mrowiu, drobnicy, szczegółu, maleńkich form. Trochę kojarzy mi to się ze starymi polskimi bajkami, tym klimatem. Z drugiej strony – dziwne portrety, akty na pustym polu. Skąd bierze się ten rozdźwięk?
To jest rozrzut tematów, który towarzyszy mi od zawsze. Mogę codziennie jeść taki sam obiad, chodzić w jednych spodniach, jeśli chodzi o malarstwo to jest zupełnie odwrotnie. Skrajność tematyczna lub stylistyczna wydawać się może nielogiczna. Staram się tak pracować, żeby co jakiś czas zmieniać podejście do tego, co robię - medium, pozycję pracy.
Nie mam intencji „bajkowych”, ale rozumiem Twoje skojarzenia. Już kiedyś słyszałem opinie, że moje malarstwo jest takie jakby dla dzieci i właściwie nie ma w tym nic złego. Nie wstydzę się powiedzieć, że wkładam w malowanie dużo serca, szczerości i cieszę się, że ktoś to docenia.
W Twoim ujęciu owady (pająki, żuczki, jakieś szczypawki, wije), są raczej „miłe”, podobnie przyroda jako taka. Nie są - tak mi się wydaje - wyrazem fobii, nie otaczają, nie atakują, nie nacierają. Czy to tylko sztafaż? Skąd się wzięły na tych obrazach?
Mam zamiłowanie do małego formatu, miniaturowego modułu, do wymownych detali. Jest to wynikiem wielu czynników, o których nie da się w kilku zdaniach napisać. Jeszcze na studiach dokonałem „radykalnego przeskalowania”. Było to wynikiem pracy na ogromnych ilościach miniaturowych obrazów o formacie 13 x 16 cm. Przeskalowałem wówczas wszystko, cały swój świat. Następnie zmieniając format płótna na większy zachowałem małą skalę przedstawianych elementów i nagle obok dużej doniczki z kaktusem wyrastał mały człowiek albo drzewo, potem wszystko zarosło trawą i żywą tkanką, pojawił się „robak”.
Moje owady rozmnażają się jak plaga od mniej więcej dwóch lat. Ich obecność nie jest wyrazem panicznej fobii, nie jest autoterapią, jest efektem wspomnianego przeskalowania i jest odrębnym symbolem w języku. Mógłbym dorobić teorię sięgając do doświadczeń z dzieciństwa z robakami, ale bez przesady, większość ludzi reaguje na owada z obrzydzeniem i większość ludzi boi się pająków, szerszeni, kleszczy, niektórzy po prostu reagują impulsywniej.
Owady to nie sztafaż, ale metafora, czasem zastępstwo przedstawienia człowieka. Zależnie od kontekstu robak jest symbolem pasożytowania, symbolem zła, choroby, śmierci, biologicznego następstwa śmierci oraz jej nieuchronności, czegoś paradoksalnego i ohydnego. Owad (na równi z człowiekiem) jest bohaterem akcji wielu obrazów, jako symbol brzydoty i zapowiedzi nieszczęścia naciera na rozłożysty piękny kwiat dziewictwa i naiwności; uderza na tętniące serce, albo zwija się w kłębek i wciska między pulsujące fałdy kory mózgowej, a wywija się uchem. W nowym obrazie owady ciągną trumny na pole bitwy, służą jako stół, koń, odbierają poród, zniecierpliwione nowej dostawy towaru spacerują po cmentarzu, jednego niebieskiego wysłałem (bez powodu, ale dla przykładu) na szubienicę. Jako główny sędzia, reżyser i Pan ich egzystencji traktuję owady i wszystkie inne elementy jak ekipę aktorów, która ma określoną scenę do odegrania na tle wymalowanej scenografii.
Czy w Twoich obrazach jest jakaś symbolika – czy to tylko Twoje prywatne „światy”?
Większość moich obrazów od dawna posiada jedną niezmienną cechę: jest tam ukryte zło lub nadchodzące nieszczęście. W „ładnym” kolorowym obrazku zazwyczaj komuś odcinano nogę, zza rogu wyłaniało się tornado, pająk czaił się na muchę, ktoś spadał w dół, a mały robak wwiercał się w dzbanek, po czym wszystko zdmuchiwał wiatr. Dlatego lubię przytaczać to powiedzenie: „nikt nie mówił, że będzie wesoło”.
Prywatne światy są zbudowane z jakiegoś języka, a język to zbiór symboli. Zależnie od sytuacji i towarzystwa, w jakim się znajduję, mogę mówić o jednym obrazie bardzo długo - pełnić funkcję przewodnika, ale mogę też nie mówić nic, zazwyczaj dzieje się tak przy okazji wystawy. Wówczas wydaje mi się, że wszystko, co mam do powiedzenia wisi na ścianach.
Często tło jest u Ciebie „przetarte”, niby – stare. Jak to uzyskujesz?
To jest bardzo długa historia. Jeszcze przed studiami dostałem w prezencie kilka tysięcy sztuk starego papieru A4, który stał się moim ulubionym podłożem. W każdej ryzie schowane były kartki z jakimś tajemniczym numerem i informacją „W razie reklamacji załączyć kartkę kontrolną”. Ten papier ma wspaniałą materię, jest delikatny, zarazem mięsisty, jakby aksamitny i jest solidnie zżółknięty, rysowanie na nim to cofanie się w czasie. Niestety prawie wszystko już zarysowałem, do dziś zostało mi ostatnie 200/ 300 sztuk. Przez długi czas mój świat kształtował się właśnie na tym cudownym papierze, najpierw ołówkiem i tuszem, potem farbami olejnymi, wreszcie przeskoczyłem na płótno. Z powodu przyzwyczajenia starałem się upodobnić białe płótno do barwy starego papieru, robiłem grunty w odcieniach żółci i kremu, teraz stosuję imprimiturę, delikatne przecierki, w ten sposób celowo postarzam płótno. Do rysowania i gwaszy używam jako zamiennika kremowych akwafortowych arkuszy Rosaspiny. Czasem słyszę opinie, że moje prace wyglądają jakby miały ponad 20 lat, co traktuję oczywiście jako komplement. Koniec historii.
O czym są obrazy z zarośniętymi płótnami?
Malarstwo jest stare jak świat. Wyobraź sobie, że gdzieś na odludziu mieszkał malarz, ustawił w pracowni martwą naturę, rozrobił farby i nagle dostał zawału serca. Po 200 latach ktoś wchodzi do takiego pomieszczania i co widzi? Gąszcz trawy, rośliny powyrastały z doniczek, a przy sztaludze leży kościotrup w berecie nadgryzionym przez szczury, wszystko spowija pajęczyna, rozmnożyło się robactwo. To są następstwa fizycznej nieobecności człowieka, przemijania, ewolucji, nieustającej przewagi przyrody nad istotą ludzką. Taka liryczna interpretacja, jedna z wielu.
„Zarastanie” jest efektem budowania wielu historii, czasem trudnych do odczytania przez widza. Pierwsze kiełki trawy rozsypały się wraz z wprowadzeniem niezwykle płodnej rośliny, którą nazwałem „nogami ogrodnika”. Rozwój tej rośliny jak i innych elementów można prześledzić zestawiając ze sobą obrazy z różnych okresów. Zaczynając od dziwacznych przedmiotów i doniczek z zielenią skierowałem się w stronę rozwijania przyrody ożywionej, martwa natura przepoczwarzyła się w spektakl, płótna nabrały wibracji, w przedmiotach zaczęły powstawać gniazda dla owadów i ludzi, jeden element generował następny i tak dalej. W pewnym momencie ten świat zaczął się sam rozwijać, tak jak rozwijało się życie na ziemi i ewoluuje nadal.
Czy malujesz portrety konkretnych osób? I modyfikujesz je tak, a nie inaczej z powodu konkretnej osobowości modela? Czy to tylko „impresje na temat portretu”?
Wszystko jest z głowy i nafaszerowane symbolami. Może się pojawić podmiot domyślny, portret z konkretną intencją, nie ma reguły. Nigdy nie korzystam z modela czy z fotografii. Myślę, że wstręt do mimetyzmu w sztuce objawił się u mnie już na samym początku i z tego powodu miałem sporo problemów na Akademii. Akceptuję Twoje sformułowanie „impresje na temat portretu”. Zazwyczaj zaczynam od ogólnego zamysłu: człowiek zły, dobry, czerwony, zielony, z czarnym sercem, dama z delikatną firanką na głowie.
O czym są niemal „strukturalistyczne” obrazy, właściwie abstrakcyjne? Czy to „wyjęte” z rzeczywistości motywy?
Bywają takie gęste pejzaże, wielowątkowe, pogmatwane, prawie abstrakcyjne wariacje na temat elementów w przestrzeni, futurystycznej urbanistyki, trudno to sprecyzować bez podania konkretnego przykładu. Jeśli mają coś z charakteru mapy, to dlatego, że mnie nie interesuje wrażenie perspektywy. Warstwy, siatki obrysów nakładają się na siebie, tworzą pajęczynę. Podobne działania formalne zdarzają się także w aktach i portretach.
To by było na tyle. Dzięki za rozmowę
Dzięki.
Na ilustracjach (od góry):
1.Wiersz, olej na płótnie, 55 x 46 cm, 2007
2.Bez tytułu, olej na płótnie, 40 x 32 cm, 2007
3.Bez tytułu, gwasz, 49,9 x 35 cm, 2007
4.Bez tytułu, olej na desce, 33 x 28 cm, 2006
5.Bez tytułu, olej na desce, 33 x 28 cm, 2006 (detal)
Kliknij, by powiększyć
Etykiety: Wywiady





