niedziela, grudnia 24, 2006

Nie ma przepisu na artystę | Wywiad z prof. Leonem Tarasewiczem (1 z 3)

Rozmowę z Leonem Tarasewiczem postanowiłem podzielić na odcinki, te zaś - dawkować co kilka dni. Pozwoli mi to oderwać się w okresie świątecznym od bieżącego pisania, a Państwu nie zapomnieć o Krytykancie. Zapraszam od początku stycznia i życzę, by w roku 2007 polska krytyka była tak dobra, jak sztuka, zaś sztuka - jeszcze lepsza, niż dotychczas.


Pamiętam, że kiedyś, będzie równe dwa lata, przy okazji wystawy Roberta Kuśmirowskiego w CSW ZUJ (Yes, I' m wsiór), powiedział profesor, że za chwilę będzie on zaraz po Bałce. No i chyba się sprawdziło.

Wiesz, ze mną jest tak, że w dziwny sposób często żyłem w otoczeniu rzeźbiarzy, a nie malarzy. Wiem jak wielkie znaczenie miał Mariusz Kruk dla sceny poznańskiej z Koło Klipsa. On był takim motorem, który wytworzył energię w Poznaniu. Wielkim wkładem w rzeźbę jest to, co zrobił Mirek Bałka. Zauważ, że o Mirku mało kto u nas pisze, że nie ma publikacji, że w Polsce jest on mało doceniony. Że tak naprawdę Mirek uczestniczy dzisiaj we współczesnym kształtowaniu sztuki na świecie, a w Polsce jest jakby na marginesie, nikt go nie zauważa. I widzę ile jest siły, w tym, co robi Robert, jakie jest to naturalne, jaka to jest osobowość. To jest myślenie tak indywidualne, że wszelkiego rodzaju salonowe wartościowania spełzają na niczym - on zresztą często ze mną o tym rozmawiał - że tak naprawdę wiele osób nie jest w stanie nawet tego dotknąć. To nie jest sztuczne, dizajnowsko dopasowane do ogólnie obowiązujących trendów, które są na dzień dzisiejszy gdzieś tam za górką, w jakichś Paryżach, Szwajcariach, Nowych Jorkach, Los Angelesach.

Na czym polega wyjątkowość, siła Kuśmirowskiego?

Myślę, że Robert przewrócił wszelkie wartościowanie na temat ogólnego traktowania rzeźby i jej obecności w przestrzeni galeryjnej, które do tej pory pokutowało. Znam Roberta od czasów studenckich i o tyle jest mi to bliskie. I poprzez galerię Białą, poprzez obserwację pracy Janka Gryki z Robertem, widziałem jak to systematycznie się rozwija i jak to w pewnym momencie przechodzi taką granicę, która jest zupełnie nieakceptowana przez współczesną kulturowość, galerzystów, krytyków i artystów.

Ale galerzyści, a za nimi krytycy, wyciągnęli go dość szybko.

Tyle, że to szybko trwało bardzo długo. Bardzo długo trwało w sensie pracy w galerii Białej. Przejęcie go i akceptacja tego, co robi przyszło dopiero po sukcesach za granicą. To jest częsty u nas w kraju mechanizm, że jeżeli coś jest akceptowane przez innych, to powoli jest też u nas, a paleta, jaką posługuje się Robert cały czas jest nie do ogarnięcia przez jemu współczesnych. U niego te piętra, nadbudowy znaczeń budują po prostu cały kosmos. I to jest niemożliwe do naśladowania - choćby ze względu na perfekcję i ogrom pracy, jaką w to wkłada. To się u niego nie kończy, on jest całkowitym przeciwieństwem tych wszystkich inżynierów sztuki, którzy napiszą projekt, wymyślą, zrobią, gdzieś pozyskają środki i później znowu realizują następny projekt. U niego jest to proces, on to powinien rozłożyć na wiele rąk, bo jemu zwyczajnie brakuje czasu i sił, aby nadążyć za własnym myśleniem. Jego propozycja jest jednocześnie kompletnie inna od tego, co obecnie obowiązuje, a z drugiej strony, o dziwo, tak bardzo osadza się w polskiej tradycji - literaturze, swego rodzaju symbolizmu, pewnego specyficznego składania opowieści; tu od razu przychodzi do głowy choćby Kantor i cały XIX wiek.

Jednak to chyba FGF go zauważyło, a potem zagranica. Czy zagranica zauważyła go już w okresie Białej?

Robert po prostu systematycznie pracował. W 2003 roku wyjechał do Rennes we Francji z puli programu Erasmus - Sokrates, a ja akurat robiłem wystawę w La Criée, też w Rennes. I on wówczas wiedział, co to jest Galeria Foksal, ale nie wiedział o istnieniu FGF. I to właśnie wtedy odezwało się do niego FGF proponując współpracę przy wystawie w Lipsku. Później dokładnie tego nie śledziłem, tylko w pewnym momencie drażniło mnie wyczyszczanie tego okresu Białej w publikacjach FGF. Bo tak naprawdę to największą pracę wykonał tu Janek Gryka, kiedy prowadził Roberta jako studenta. I bardzo dobrze, że następnym etapem jest FGF, bo ich praca i praca Roberta wzajemnie się uzupełniają, co daje nowe możliwości. Bo jeśli artysta nie ma możliwości - a galeria Biała nie ma takich, jak FGF środków i kontaktów (chociażby dlatego, że jest w Lublinie, a nie w Warszawie) - to nie może dalej pracować i rozwijać się. No jest tylko jedną taką rzeczą, że niemoralne jest to przemilczanie galerii Białej i roli Jana Gryki.

Na ASP zaszły ważkie instytucjonalne (legislacyjne) zmiany. Dotyczy to chyba całego kraju, nie tylko Warszawy. Może profesor je przybliżyć?

ASP żyła zawsze swoim, wewnętrznym życiem bez konfrontacji z czynnikami zewnętrznymi. W tej chwili podlega już rutynowym przeglądom tak, jak inne uczelnie. Każdy wydział podlega ocenie. Możemy oczywiście dyskutować na ile jest to robione porządnie, a na ile nie. Jest więc robiona tak zwana parametryzacja - wydział musi przedstawić dokonania każdego profesora - czy napisano o nim prace naukowe, czy on ma publikacje, czyli w naszym wypadku głównie wystawy, liczy się też uczestnictwo w tych czy innych wydarzeniach - cały dorobek w to wchodzi. W zeszłym roku odbyła się po raz pierwszy weryfikacja wydziałów, a w tej chwili jest robiona parametryzacja wykładowców. Jednak cały czas nie ma jeszcze takiej sytuacji, jak na innych uczelniach w Europie, że studenci anonimowo oceniają wykładowcę. Wszędzie jest tak, że profesor każdego roku dostają kserokopię tego, co napisali studenci i ma to realny wpływ na jego dalszą karierę. W tej chwili doszły jeszcze takie sytuacje dotyczące przewodów, że oprócz głosowań na uczelni później opiniują to anonimowi eksperci i dopiero całość jest brana pod uwagę. Tego wcześniej nie było.

Czyli ma to przełożenie na realne decyzje?

Ma i jestem ciekawy czy nadal ta parametryzacja będzie robiona profesjonalnie, czy naprawdę ktoś zaangażuje się w te oceny, czy stanie się to tylko kwestia administracyjnej fikcji - na przykład wystawę w kawiarni w Muzeum Narodowym można przecież wpisać jako wystawę w samym muzeum. Problem istnieje, jak zwykle w Polsce. Mi się zawsze przypomina biskup Jeremiasz, wrocławski, prawosławny, który jak dowiedział się o stanie wojennym, a był wówczas w Szwajcarii, to strasznie się tym wszystkim przestraszył i przejął. Na co Szwajcarzy mówią - nie przejmuj się, Polacy i tak nie zrobią tego dobrze. I tak samo tu - sprawa jest jednak o tyle ważna, że wyższa edukacja artystyczna może być wreszcie normalna i sprawiedliwa. Ostatnio jestem bardzo zdziwiony, że państwa nie obchodzi taka uczelnia, jak ASP, bo to powinna być największa awangarda, największy motor w budowaniu narodowego intelektu. Dziś akurat, jadąc na uczelnię, słuchałem w radiu eksperta, który oceniał gospodarkę polską i stwierdził, że jeśli gdzieś trzeba teraz inwestować, to w szkolnictwo, bo to ono produkuje nowych pracowników we wszystkich dziedzinach. A jeżeli oni nie będą dobrze opłacani, to po prostu ten kraj nie będzie sie rozwijał.

Więc wpłynie świeża kadra na ASP?

Absolutnie nie. Odbędzie się długi proces próby obchodzenia przepisów, jak najdłuższe zachowanie wygodnych przyzwyczajeń z minionej epoki. Ale i tak czas jest nieubłagany, skończył się już okres statyczny. Polska dołączyła do rodziny europejskiej i jeśli dziś ktoś nie inwestuje w przyszłość, to musi wiedzieć, że w tym samym czasie robią to inni. Jeżeli nawet jesteś najlepszy w Europie, ale nic nie robisz, to wyprzedzą cię bardziej aktywni. Niezmienne i wieczne prawo przyrody. Tu bardzo dobrym przykładem jest stworzenie nowego wydziału na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu - Wydziału Komunikacji, który zajmuje się wykorzystywaniem w sztuce nowych mediów, filmu, kina, bioniki czy dźwięku. Współczesność i tak wymusza więc zmiany, pytanie tylko czy państwo będzie inwestować w sztukę.

Ciąg dalszy po Świętach, a przed Sylwestrem.

Etykiety:

14 Comments:

Anonymous Anonimowy said...

FGF dokladnie tak robi sobie PR bazuje na cudzych dokonaniach - najpierw galerii FOKSAL, później galerii, których artystów przejmuje, nigdy o tym nie wspominając. Uczciwosc to takie archaiczne pojecie. A warszawka zachwycona.

poniedziałek, 25 grudnia, 2006  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

FGF buduje markę - jak sądzę - własnym zapałem, pracą, innowacyjnością, elastycznością, świeżością myśli, etc. "Transfery" to normalna rzecz - jeśli po współpracy danego artysty z daną galerią nie pozostaje ślad intelektualny - to po cóż o tejże współpracy wspominać?

Nie wiem, jak było dokładnie w przypadku Kuśmirowskiego - nie znam stanowiska FGF, znam za to prof. Leona Tarasewicza. W każdym razie to chyba jeszcze zbyt było, by wyrobić sobie stanowisko - choć wierzę prof. Tarasewiczowi. Jednak pewnych niuansów może on nie znać. Może lepiej poczekać z wielkimi słowami o "uczciwości"?

Co do "zachwytów warszawki" i sprowadzania wieloletnich osiągnięć najlepszej galerii w Polsce do knajackiego kombinatorstwa to nie mam już siły walczyć z takimi generaliami (do tego zjadliwymi), szczególnie w ferie. ;)

Wszystkiego najlepszego. I merytorycznego.

poniedziałek, 25 grudnia, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Wydaje mi się, że Sasnala pierwszy odkrył Zderzak, ze Zderzakiem również wcześniej współpracował Ziółkowski.Czy FGF wyraża jakąś wdzieczność krakowskiej galerii za tak owocne penetrowanie krakowskiego rynku...

poniedziałek, 25 grudnia, 2006  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

W wielu galeriach wielu artystów wystawia po akademiach. Zazwyczaj brakuje w takim wypadku poławiaczy pereł. Idzie raczej o ślepy traf. Ponadto - nie mają zazwyczaj polskie galerie ściśle określonej, umocowanej w tradycji strategii, wyraźnej koncepcji, konkretnego intelektualnego wektora i daru kierowania artystami w tym jedynym właściwym dla nich kierunku.

No właśnie - czy Zderzak kogoś odkrył? "Odkrył" tylko tych, po których sięgnęła FGF.

poniedziałek, 25 grudnia, 2006  
Blogger foka said...

Czy państwo będzie inwestować w sztukę?

Zgroza! To boli. Oddawajcie moje pieniądze, ja wole je wydać w supermarkecie na sztukę mięsa.

wtorek, 26 grudnia, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Dręczy mnie takie pytanie... Otóż: Czym różni się "sztuka imitacji" Roberta Kuśmirowskiego od pracy scenografa filmowego/teatralnego. Przecież wiadomo, że sztuka wytwarzania rekwizytów do filmu może być  nacechowana podobną precyzją i kunsztem. Jednym słowem: Jeśli chcecie państwo, abym w galerii odtworzył parowóz z XIX wieku, byłaby to kwestia paru telefonów no i pewnych funduszy, ale jest to wykonalne. Czym róźni się rzeźbiaż od "rekwizytora", który ma poczucie nostalgii dla czasów minionych?

wtorek, 26 grudnia, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

człowieku! czytasz takiego bloga i zadajesz takie pytania! powinieneś chyba pójść na jakiś podstawowy kurs historii sztuki. tak jak Pollock tez każdy potrafi namalować, nie? Ale nie będę mściwa, są święta...ponieważ Kuś mirowski umieszcza swoją pracę nie w teatrze a w galerii sztuki współczesnej to możemy do niej zastosować kryteria sztuki, i dzięki tym miarom, ponieważ czytamy jego prace w tym a nie innym kontekście, okazują się one wybitne, nowoczesne i fantastyczne :)

środa, 27 grudnia, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Dzikuję za nazwanie mnie człowiekiem. Nie wierzę jednak, że "COKOLWIEK" pokazane w kontekście galerii czyni je automatycznie sztuką. Poza tym, czy czytając "takiego bloga" powinienem wyzbyć się wszelkich pytań i wątpliwości? Pollocka w to nie mieszajmy, bo nie można zarzucićć mu "rekwizytorstwa". Moja wątpliwość rodzi się właśnie stąd, że łatwo jest porównać sztukę Kuśmirowskiego do teatralnego rekwizytorstwa, co nie znaczy, że czyni mnie to ignorantem w dziedzinie "podstawowej historii sztuki".
Z okazji świąt życzę wybitności, nowoczesności i fantastyczności, no i trochę więcej dociekliwości.

środa, 27 grudnia, 2006  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Pozostawię Państwu ich polemikę, choć przyznać muszę, że bliżej mi do głosu Pani, niż Pana (wydestylowawszy esencję, czyli bez czepiania się słówek).

Od siebie dodam, że błąd tkwi - tak mi się wydaje - w samym sensie Pańskiego pytania. To dlatego - tak mi się wydaje - Pani poleciła Panu "podstawowy kurs historii sztuki".

Po prostu od jakiegoś (dłuższego) czasu cokolwiek jałowym jest wartościowanie sztuki na podstawie jej potencjalnych bądź faktycznych analogii do powszednich, znanych nam skądinąd przedmiotów - niechby zjawisk.

Innymi słowy - kiedy mówimy o sztuce, oceniamy ją i porównujemy do sztuki innej, za warunek sine qua non warto chyba przyjąć, że "w sztuce zdarzyć może się wszystko". A za jedyne zasadne pytanie miejmy - czy zdarzyło się sensownie w kontekście tejże sztuki, czy w tymże obrębie ma potencjał intelektualny i czy rodzi nowe jakości? Jeśli zaś na te pytania odpowiemy pozytywnie, bardzo możliwe, że w czymś, co w innej rzeczywistości uznalibyśmy za scenografię teatralną (pomijam - zważywszy na różnorodność "fałszerstw" R.K. - sensowne to porównanie, czy nie) dostrzeżemy niezwykle żywotną wypowiedź na temat mimesis, a potem, jak po sznurku, nieskrępowani bezsensownymi porównaniami, dokopiemy się do warstw głębszych. Być może dostrzeżemy tylko - i aż - poezję.

serdecznie pozdrawiam.

czwartek, 28 grudnia, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Sztukę R.K. lubię i podziwiam. Choć wiem, że bezsensowne, pytanie o "rekwizytorstwo" pojawiło się znienacka i nie dawało mi spokoju. Wciąż nie wydaje mi się, że jest to znak braku kompetencji, jeśli pytamy i kwestionujemy.
Pamiętajmy, że to nie pytania są głupie, lecz odpowiedzi.
Ponadto nie jestem pewien, czy sam pan Robert byłby zachwycony nowiną, że jego projekty są "niezwykle żywotną wypowiedzią na temat mimesis", ale zgadzam się ze sznurkiem i poezją.

Czy jest to poezja, bo "retro" i "nostalgia", czy jest tam może więcej warstw. Postaram się jakoś znaleźć ten "kłębek", ale już nikogo nie będę pytał, bo wszystkich poobrażam, bo przecież R.K. jest fajny i koniec.
Pozdrawiam również.

czwartek, 28 grudnia, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Ciekawe jak krytykant wybrnie w kolejnych odcinkach, gdy będzie musiał odnieść się do twórczosci profesora - jednak wypytywanie Tarasewicza o zdolnego młodszego kolegę jest trochę unikiem, gdy kariera profesora trochę ostatnio utknęła w miejscu, a raczej w paskach i podłogach "polokowanych" tu i tam (ostatnio zniechęta). Ostatecznie czym się różnią paski od kresek Okrasko (uczennicy p.Leona)? Czy dal krytykanta to ten sam tani chwyt?

Kuśmirowskim krytykant się zachwyca bo on jest właśnie z "FGF" (ah ta magia skrótowców), a nie zachwyca np. Kurakiem, bo tego FGF nie ruszy z wiadomych względów.

Bardzo ciekawy ten problem zasysania przez prywatny biznes artystów w których pracę włożyli kuratorzy i krytycy nie liczący na zyski jak Jan Gryka, ale także Szabłowski (ZUJ), Cichocki (Kronika) którzy wyciągali Kuśmirowskiego na długo przed Fundacją, o ile mnie pamięć nie myli (double V).

piątek, 29 grudnia, 2006  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Przyznam szczerze, że coraz mniej mam sił i ochoty na ripostowanie wypowiedzi opartych na tezie, że oto doceniam kogoś/coś ze względu na przynależność do określonego środowiska/instytucji.

Ale...

O L.Tarasewiczu mogę podyskutować merytorycznie. Choć podkreślam od razu, że pasek paskowi (i kropce) nierówny (Fliciński, Zdunek, Okrasko)."wypytywanie Tarasewicza o zdolnego młodszego kolegę" nie jest żadnym "unikiem" (od czego niby?). Po prostu przypomniałem sobie, jak trafnie wytypował on pozycję RK.

Ponadto - i to jest fundamentalne założenie całego wywiadu - postanowiłem nie pytać LT o jego twórczość. Stwierdziłem, że tę zna każdy (jak widać nie), także jej egzegezy, szerokie konteksty, etc. Wywiadów o znaczeniu - jak raczył to Pan ująć - "pasków" było aż nadto.

"Kuśmirowskim krytykant się zachwyca bo on jest właśnie z "FGF" (ah ta magia skrótowców), a nie zachwyca np. Kurakiem, bo tego FGF nie ruszy z wiadomych względów."

- dobrodusznie pominę moment o moich zachwytach, jednak zaintrygował mnie fragment o "wiadomych względach", dla których FGF postanowiło "nie ruszać" Kuraka. I tak występuje Pan z pozycji anonima, wiec może byłby Pan w stanie owymi tajemniczymi względami się z nami podzielić?

I jeszcze: o Janie Gryce będzie w dalszej części wywiadu, proszę czytać. Nie myślałem jednak, by spojrzeć na niego, jak na postać "wyzyskaną", cóż, Pański trop będzie tego typu pierwszym.

Kto i kiedy robił "Double V" nadzwyczaj łatwo sprawdzić wpisując tę frazę w google:

http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/wy_wy_kusmirowski_double_V_kronika

Co do S.Cichockiego i S.Szabłowskiego, to chyba wkradł się w Pańskie rozumowanie błąd logiczny. Otóż są to kuratorzy, a nie prywatni galerzyści - nie anektują zatem artystów "na stałe", a "tylko" ich pokazują. Nie posiadają swej "stajni" twórców, zatem tychże nikt (owy "prywatny biznes") nie może "zassać". Zatem wybór przez "prywatny biznes" artystów wskazanych przez kuratorów instytucji publicznych jest dla tych ostatnich raczej wyróżnieniem, niż wykorzystaniem ich pracy i gustów.

Jeśli zaś rzeczeni SC i SS chcieliby zarobić, to - jak sądzę - założyliby galerie, które szturmem zdobyłyby serca i portfele miłośników sztuki całego globu - jak stało się to w wypadku FGF.

Pretensje do FGF o to, że nie zaprosili do współpracy M.Kuraka są pretensjami do gustu prywatnych osób.


serdecznie pozdrawiam i życzę owocnych przemyśleń

piątek, 29 grudnia, 2006  
Anonymous paranoik said...

To się nazywa odpowiedź, czapki z głów. Nie będę się więcej czepiał, pozdrawiam.

sobota, 30 grudnia, 2006  
Anonymous Keitel said...

Robert...Taras ewicz ze swoim tepa akademickim widzeniem rzeczy robi ci niedzwiedzia przysluge,

Uwaga na marginesie/ przyczynek do tematu DYKTATURA CHLOPSTWA W POLSKICH AKADEMIACH SZTUK PIEKNYCH
warto zauwazyc ze w polskim zyciu artystyczno-akademickim funkcjonuje nastepujacy schemat:
KOLEJNY CHLOP SILA WYRWANY OD PLUGA = KOLEJNY PROFESOR,
/moze Pawel Susid procentowo powinien okreslic stopiem chlopa w profesorze polskiej asp/
nie bardzo wiem dlaczego Kuba rozmawia z takimi ludzmi

sobota, 03 lutego, 2007  

Prześlij komentarz

<< Home