niedziela, marca 25, 2007

Architektura dzisiaj

Co najbardziej uderzało w tak zwanej dyskusji wokół MSN (tak zwanej, bo w przytłaczającej większości przypadków był to raczej niekontrolowany potok pretensji, roszczeń i projekcji, nie zaś rzeczowa, poparta argumentami debata)? Poza oczywistym absmakiem, mnie zdumiał poziom abstrakcji, na jakim rozgrywała się ta potyczka. Nie mam tu rzecz jasna na myśli szerokich horyzontów intelektualnych – abstrakcyjnego myślenia – ale raczej kompletne oderwanie od rzeczywistości. Oczywiście, można nakreślić ideową mapę tego sporu. Dwa jej bieguny wyznaczają kategorie estetyki, funkcji i potencjału intelektualnego, który gmach muzeum winien generować. Zwolennicy projektu Kereza (w tym i ja) dowodzili zatem, że jest on najbardziej wysmakowany estetycznie – także dlatego, że uwzględnia szeroki urbanistyczny kontekst. Ponadto faktycznie mało awangardowy, lecz tej klasy, której brakuje zarówno Warszawie, jak i Polsce. W tym miejscu należy jednak zaznaczyć, że projekty pozostałe były jedynie awangardą udawaną, bo imitacyjną – nie zaś faktycznie nowatorską architektoniczną propozycją. Po trzecie w końcu – pozostałe projekty były przypisanej im lokalizacji obce w dwójnasób: estetycznie i intelektualnie (były też projekty pomyślane podobnie, co projekt Szwajcara, lecz od niego znacznie gorsze). To dlatego ekspresjonistyczna bryła nie może w towarzystwie PKiN znaczyć, tego co znaczyła w czasach swej świetności, a więc w innym miejscu i czasie – gdy była elementem szerokiego, koherentnego stylu. Lepiej zatem – mówili zwolennicy projektu Kereza (w tym i ja) – wybrać gmach cichy, wpasowany w urbanistyczny kontekst i w pewien sposób ponadczasowy, niż przeszczep w chory co prawda organizm, ale obumarłej tkanki.

Jednak, mimo, że dyskutantom o coś chodziło, to i tak była to dyskusja abstrakcyjnie wręcz oderwana od realiów. Moim zdaniem lepiej wyczuwali to zwolennicy projektu autorstwa Christiana Kereza. Oto bowiem jego przeciwnicy chcieli głęboki ideologiczny potencjał architektury współczesnej pozyskać na skróty. Do kraju bez architektury miał zawitać gmach niedzisiejszy, ale dla zakompleksionej nacji wystarczający. Miał nas bez mała uratować, wyrwać z czarnej architektoniczne dziury. Jednak architektura zawsze z czegoś wynika – u nas ekspresjonistyczny wulkan tkwiłby w intelektualnej próżni, wyzbyty korzeni, czasu i sensu. W abstrakcyjnej debacie zwolennicy dekonstrukcji poniewczasie zapomnieli, że architektoniczne emblematy są wypadkową pewnego stylu, jego masą krytyczną, najdoskonalszym przejawem – że skądś się biorą.

Dlatego z przyjemnością polecam lekturę krótkiego przewodnika po architekturze obecnej autorstwa Marcina Kołtuńskiego, współautora bloga Hypergogo i studenta ostatniego roku architektury w Delft. Tekst Marcina porządkuje - pokazuje architekturę ostatnich lat jako proces, dyscyplinę żywą, efekt intelektualnego fermentu. Niechaj architektura znaczy – ale znaczy w kontekście teraźniejszości. Nie fundujmy sobie baroku XX wieku, skoro możemy mieć gmach pełniący funkcję plastra dla poszarpanej, w dużej mierze socmodernistycznej tkanki centrum Warszawy. A gdy ją załatamy, zastanówmy się nad aktualiami – przeszłość pozostawiając w tyle. W przeciwnym razie nigdy nie nadrobimy architektonicznego zacofania, czy raczej – będziemy je nadrabiać wiecznie. Zapraszam do lektury i zapoznania się z linkami.

Tytułem wstępu
Architektura to specyficzna dziedzina, która sytuuje się pomiędzy sztuką, rzemiosłem i nauką. Która z kategorii przeważa? Jak zwykle prawda leży pośrodku i podobnie jest z podziałami architektury na koherentne style. Te, które zostały wprowadzone przez historyków architektury (niejako na ich własny użytek), nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością i jedynie sprawiają złudne wrażenie stałości i czystości. Widać to szczególnie dobitnie, kiedy za ich pomocą próbuje się definiować te nowe zjawiska, których jeszcze nie sposób obserwować z dystansem. W tym kontekście definicja stylu po prostu musi być opóźniona względem realnego rozwoju form i idei. Obecnie krytycy gubią sie w beznadziejnych próbach nazewnictwa, podczas gdy faktycznie bazują na uznanej od dawna nomenklaturze. W skutek tego toniemy w zalewie neomodernizmów, dekonstruktywizmów, architektury organicznej, czy nawet, w ekstremalnych przypadkach kreatywnego dziennikarstwa, „biologizmu”.

W rzeczywistości podziały są płynne i niestabilne, bardziej przypomina to rozwój naturalnego języka, który tak samo jak architektura, bazuje na wielu płaszczyznach kultury i jej aspektów. Architektura rozwija się drogą powolnej ewolucji, czerpiąc z rozmaitych dziedzin, tworząc hybrydy, mutacje i geograficznie uwarunkowane wariacje.

Dodatkowo ustabilizowane metody i style nie zostają w pewnym momencie zastąpione przez zupełnie nowe i lepsze, ale istnieją równolegle z nimi, czasem znów wchodząc w nowe relacje. Nawet w krajach skrajnie rozwiniętych architektonicznie (jak Holandia) można spotkać budynki projektowane na renesansowych zasadach, czasem nawet z powielonymi detalami i materiałami. Podobnie „modernizm” nigdy się nie skończył, ale mutował w tzw. „styl międzynarodowy”, który jest z powodzeniem akceptowany do dzisiaj - głównie w realizacjach komercyjnych. Dlatego raz „ustabilizowanych” stylów nie można traktować jako materiału do nazewnictwa kolejnych, które choć mogą wyglądać podobnie, to mają zwykle zupełnie odmienne źródła poza architekturą. To zbyt łatwe etykiety.

Biorąc za przykład dekonstruktywizm, który powstał gdzieś w toku lat ‘70 XX wieku, jest błędem nakładać go na architekturę Bena van Berkela czy Rema Koolhaasa. Kryteria powinny uwzględniać formujące aspekty stylu, jeżeli już zostaniemy przy tej historycznej separacji. O stylu możemy mówić wtedy, kiedy „przetnie” on wszystkie aspekty związane z produkcją architektury, która oprócz artystycznych wartości jest silnie powiązana z rozwojem matematyki, inżynierii lądowej i materiałowej, filozofii czy socjologii - krotko mówiąc: wszystkich aspektów kultury, dodatkowo w interakcji z naturą. Kiedy postęp przynajmniej części z nich jest znaczny i skutkuje w nowym podejściu (niekoniecznie za sprawą formy), wtedy możemy mówić, że powstał nowy styl, który jednak musi jeszcze spełnić wiele kryteriów, aby się „na dobre” ustabilizować - przede wszystkim zdobyć popularność przez modę, rozwój teorii i szeroki odbiór społeczny. Dlatego architektura nie daje się określić równie łatwo jak czysta sztuka, a uproszczenia są zwykle o wiele bardziej drastyczne.

Co nowego?
Gdybyśmy chcieli znaleźć jedno słowo na podsumowanie i połączenie zjawisk we współczesnej architekturze, padłoby na „jednorodność”, która to prześladuje architektów jako cel sam w sobie. Nie tyle jednak w sensie homogeniczności stylu, co raczej mediacji pomiędzy różnymi dziedzinami z zewnątrz architektury: materiałami, programami, elementami budynku, które zostają scalone w obiekcie za pomocą strategicznej metody projektowej. I to właśnie na metodę postępowania kładzie sie obecnie większy nacisk niż na sam efekt końcowy. To tutaj skupia się ostatnio teoria i praktyka architektoniczna, od kiedy proces budowania stał się nieliniowy, skomplikowany i mocno uzależniony od innych dynamicznie zmieniających się sfer (makroekonomii na przykład). To zamieniło architekta w menedżera i koordynatora wszystkich dziedzin, o których nie ma już szans mieć kompletnej wiedzy.

Głównym ideologiem architektury lat ‘90 i początku XXI wieku został Gilles Deleuze, który pośrednio (przez teksty Manuela DeLandy czy wspomnianego van Berkela) lub bezpośrednio inspirował większość nowych zjawisk i teorii we współczesnej architekturze. Jego teorie przenikają do wnętrza kultury, łącząc architekturę z rozwojem całego naturalnego świata i relatywizując spojrzenie na procesy, które ją kształtują. Jest to jednak recepcja zbyt szeroka, by w tym miejscu choćby spróbować ją przybliżyć - zmuszony jestem odesłać do źródeł.

Style
Nazewnictwo, które zaproponuję, jest jeszcze nieoficjalne (nie do końca ukonstytuowane w akademickiej nomenklaturze i naukowych pozycjach), jednak to najlepsze określenia, na jakie udało mi sie natrafić w czasie studiów i pracy w kilku krajach Europy. Wydają mi się dosyć odpowiednie i wystarczająco precyzyjne, żeby wkrótce utorować sobie drogę do oficjalnego języka - którego to procesu, mam nadzieję, ten skromny artykuł będzie małym elementem. I tak, termin infrastrukturalizm pojawił się w jednym z esejów Aarona Betsky'ego. Frazy stealth aesthetic użyto w którymś z niskonakładowych magazynów hiszpańskich, niestety nie pamiętam już, w którym. Z rekonstruktywizmem spotkałem się po raz pierwszy w tekście holenderskiego programisty i architekta Davida Ruttena, który - co trzeba wyraźnie podkreślić - nie używał go w odniesieniu do wszystkich zjawisk składających się na architekturę.

Infrastrukturalizm
Pod koniec ‘90 lat pojawiło się nowe biuro Bena van Berkela, które w zamierzeniu miało testować nowe modele pracy we współczesnym kontekście: sieci niezależnych specjalistów koordynowane przez architektów i zmieniające układ w zależności od wymagań projektu. Monografia MOVE wydana kilka lat później była pierwszym tekstem, który wprost łączył nową filozofię z praktyką. Van Berkel rozwijał swoje budynki wokół diagramów, którymi zajmował się już Eisenman w latach ‘80, ale tutaj mają one za zadanie łączyć różne dziedziny w jednorodnym schemacie funkcjonowania budynku, a nie dzielić go na niezależne elementy.

Diagram to pojedynczy rysunek mapujący ruch, funkcje, konstrukcje i ich zależności w czasie, dzięki czemu wszystkie te elementy oddziałują na siebie wzajemnie tworząc nowe hybrydy. Forma miała tu arbitralną postać: po stworzeniu „diagramu” konstrukcja może przyjąć zarówno postać minimalistycznych pudełek, jak i organicznych form. Na dosyć długi czas nowy styl opanował zachodnie uczelnie architektoniczne i właściwie cale pokolenie młodych architektów z drugiej polowy lat ‘90 było w mniejszym lub większym stopniu pod wpływem tych teorii. Przede wszystkim UN Studio, ale także pierwsze projekty FOA, Reiser+Umemoto, Asymptote, NOX, Kolatan/MacDonald, Winka Dubbeldam, Marcos Novak czy OCEAN. Także rzesza młodych naśladowców, choćby holenderski 3Plex i Smaq, SadarVugaArhitekti, Ball - Nogues czy Ruy Klein.

Estetica Stealth
Następnym stylem, który wyrósł z poprzedniego wieku i święci ostatnio swój szczyt popularności, jest coś, co Hiszpanie nazwali mianem Estetica Stealth. Poza formą znajdziemy tu niewiele odkrywczych rozwiązań. Organizacja przestrzeni jest zwykle dosyć standardowa, jednak jej kompozycja uległa znacznemu wzbogaceniu: rzuty poziomów nie muszą się już na siebie nakładać, aby forma pozostawała pod kontrolą. Z kolei konstrukcja oparta na ścianach negocjuje swoje miejsce pomiędzy przestrzenią i funkcjami budynku. Pierwszymi realizacjami, które starały się wykorzystać te właściwości były Biblioteka Publiczna w Seattle i Casa da Música w Porto, oba autorstwa Rema Koolhaasa. Tutaj widać też najlepiej ograniczenia, jakim podlega budynek naśladujący samolot F - 117 (wykonany w technologii stealth i będący tu pierwszą inspiracją): w większej skali pochyłe elementy przestają być strukturalnie stabilne i wymagają ogromnej ilości konstrukcyjnych zabiegów dla uzyskania pożądanej formy - co redukuje stealth aesthetic do formalnych aspektów. Nikt jeszcze oficjalnie nie opisał ani nie teoretyzował na temat tego nowego zjawiska, ale mimo to znalazło ono miejsce we wszystkich chyba dziedzinach dizajnu. Na pewno pomaga w tym popularyzacja programów do tworzenia grafiki trójwymiarowej, w których tzw. low - polygon modelling istnieje już od dawna. Ponadto względna łatwość konstrukcji skomplikowanych i prototypowych rozwiązań, dzięki ich translacji w prostoliniowe siatki. Większość młodych (i starszych też) architektów z południa Europy, zwłaszcza z Hiszpanii i Portugalii, posługuje się już tymi technikami w bardzo podobny sposób. Stało się to niejako po cichu, edukacja w tym kierunku obyła się właściwie bez pomocy szkół.
Najciekawsze pracownie: Mansilla/ Tunon, Sancho/ Madridejos, Luis Vidal, Willy Muller, RCR.

Drugą ojczyzną stealth aesthetic jest Japonia, gdzie nurt dodatkowo „motywują” przepisy urbanistyczne, które np. w Tokio regulują wzajemne relacje budynków na zasadzie siatek wykresów linii zacieniania, odprowadzania wody, przejazdów przez posesje itd. Przykład to choćby Atelier Bow - Wow. Bez większych problemów można jednak znaleźć godnych prekursorów i naśladowców w innych strefach klimatycznych, w Wielkiej Brytanii, Holandii czy Austrii.

Rekonstruktywizm
Wszystkie nowe kierunki mocno wiążą się z rozwojem nauki, a zwłaszcza informatyki i współczesnej matematyki. Jeżeli infrastrukturalizm był tworzony w oparciu o programy do animacji komputerowej i wizualizacji, stealth estetic wykorzystywał metody kontroli i konstrukcji form powstałych głównie na potrzeby programów do modelowania 3D, to rekonstruktywizm próbuje znaleźć rozwiązania u podstaw symulacji, inspirując się światem naturalnym.

Nie jest to jednak czysto formalna fascynacja organicznymi kształtami, ale raczej próba zrozumienia i rekonstrukcji naturalnych procesów, które ewoluując w ciągu tysięcy lat znacznie wyprzedzają nasze własne rozwiązania, na których opracowanie mieliśmy znacznie mniej czasu. Spektrum zastosowań waha się tu od urbanistyki w strategicznym ujęciu do ornamentów w skali tapety. To w tym stylu mieszczą sie tak nadużywane pojęcia jak morfogeneza, ewolucja, swarm intelligence i meme. Całe zjawisko jest jeszcze na etapie intensywnego teoretycznego rozwoju i w praktyce brakuje po prostu czasu (zbyt długo trwają testy w skali „laboratoryjnej”), aby je aktywnie stosować w rzeczywistych aplikacjach, jednak już teraz widać, że w najbliższej przyszłości czeka nas coraz więcej prób tego typu. Póki co prym w rozwoju teorii i metod projektowych wiodą szkoły, zwłaszcza Architectural Association i Bartlett School of Architecture w Londynie, ale też MIT w Cambridge, Columbia Univeristy w Nowym Jorku czy UCLA w Los Angeles.

Pierwszym praktykiem rekonstruktywizmu i pionierem tego stylu na większą skalę był Greg Lynn i mimo, że początki nie były zbyt zachęcające, zdobył sobie spore uznanie i znalazł licznych kontynuatorów - a to najważniejsze. Obecnie jednak poszukiwania ewoluowały w tak wielu kierunkach i dziedzinach, że jakakolwiek systematyzacja wydaje się być skazana na porażkę. Zamiast tego postaram się krótko zaprezentować kilka najciekawszych i najaktywniejszych postaci, przez co, mam nadzieję, można bedzie sobie wyrobić opinię o całości. Pablo Miranda, z pochodzenia Hiszpan, pracuje nad zastosowaniami tzw. Swarm intelligence, czyli krótko mówiąc architektonicznej samoorganizacji. Marc Fornes to typowy absolwent Design Research Laboratory na Architectural Association, interesuje się raczej konstrukcyjnymi aspektami architektury i ich algorytmicznymi aplikacjami. Gage i Clemenceau podobnie, ale jednak zupełnie inaczej. Warto też spojrzeć na nArchitects, MOS, R&Sie czy instalacje Iwamoto/ Scott, żeby się zorientować, że czasem projekty z tej kategorii zbliżają sie mocno w kierunku czysto artystycznej działalności, a często są jedynie przyjemnymi dla oka grafikami.

Z drugiej strony skali znajdują sie pragmatycy, którzy redukując teoretyczne aspekty, powoli testują nowe (czasem jedynie elementarne) rozwiązania w rzeczywistych warunkach. Tu można na pewno zakwalifikować Jurgena Meyera H. czy nawet Zahę Hadid.

Tymczasem te same metody w dużej skali służą do rozwiązywania skomplikowanych strategicznych problemów w urbanistyce. Na tym właśnie obszarze próbuje znaleźć się zasady rządzące samoorganizacją w celu wzbogacenia współczesnych miast o nieprzewidywalne elementy, jakie można znaleźć na obszarach powstałych bez udziału odgórnego planowania, jak Tokio czy tzw. Squatter cities w Indiach, Turcji, Brazylii i Chile.

Brad Pitt a nowe utopie
Oprócz tych kierunków, które idą wraz z rozwojem świata, są też takie, które chcą go same projektować, współtworzyć. Zwłaszcza w kwestiach pogłębiającego sie kryzysu kapitalizmu i ekologii, które powróciły po 30 latach nieobecności w szerokim dyskursie. Nowych form kompozycji urbanistycznej poszukuje Pier Vittorio Aureli, który ostatnio zebrał szereg nagród w międzynarodowych konkursach. W uproszczeniu, jest to powrót do modernizmu z lat ‘60, kiedy wszyscy mieli nadzieję, że architektura może w cudowny sposób tworzyć nowe społeczeństwo. Aurelli próbuje raz jeszcze - tym razem za pomocą polityki, kontrolowanego kapitalizmu, monumentalnej architektury i zmęczonych studentów Berlage Institute. Innym torem idzie nowa fala starych aktywistów, którzy być może znajdą swoich naśladowców. Leon Krier zarzucił postmodernizm na rzecz proroctwa i przewiduje rychłą zagładę ludzkości oraz powrót do naturalnych źródeł energii, czyli siły ludzkich mięśni. Frank Gehry wszedł do spółki z Bradem Pittem i obaj promują zdrowe życie w przyjaznych środowisku domach. Wydaje sie, że ten trend będzie się szybko nasilał i mocno komercjalizował, więc pewnie dosyć szybko zaowocuje też nową falą awangardy, która zawsze w końcu służy do eksploracji nowych rozwiązań.

Ostatnim, może nawet nie zaczynem stylu, ale generalnym trendem jest podejście coraz silniej obserwowane wśród młodych architektów z południowej Ameryki czy Afryki, którzy rezygnują z poszukiwań ogólnych zasad rządzących architekturą i standardowej kariery na rzecz osobistego kontaktu z mieszkańcami i socjologicznego podejścia do problemów taniego budownictwa dla mas. O ile rekonstruktywizm relatywizował środowisko mieszkalne i sprowadzał je w rzeczywistości do matematycznych transformacji, tutaj nacisk kładzie się na osobistą i oddolną interakcję z materiałem miasta i procesami, które nim rządzą. Ma to na pewno związek ze szczególną sytuacją polityczno - ekonomiczną danych krajów, ale generalny trend można odnaleźć w większości z nich. W Kolumbii takim architektem jest (czy raczej był, obecnie jest na to zbyt znany) Simon Velez, który pracował nad nowymi metodami budowy bambusowych konstrukcji. W Chile duże emocje i międzynarodowe zainteresowanie wywołała inicjatywa budowy nowych prototypów dla obszarów faveli, w Wenezueli z kolei aktywnie działa Urban Think Tank, zaś młodzi architekci w Brazylii angażują się w akcje o znajomo brzmiących nazwach typu „100 szkół dla São Paulo”.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o szkicowe zarysowanie mapy współczesnej architektury. Każdy z podniesionych tu wątków domaga się oczywiście drobiazgowej analizy - która mam nadzieję nastąpi.

Marcin Kołtuński, ur. 1980
Niegdyś student architektury na politechnice łódzkiej i warszawskiej, następnie w Eindhoven i Delft. Praktykował w Hiszpanii (biura architektoniczne Antonio Lameli, Luisa Vidala i Richarda Rogersa) oraz Holandii (biura architektoniczne Rema Koolhaasa i Maxwan w Rotterdamie). Obecnie przygotowuje dyplom.
Współautor bloga Hypergogo (który niebawem złapie drugi oddech).
Stały i ekskluzywny konsultant Krytykanta ds. architektury.

Ilustracje (od góry):

Infrastrukturalizm:
1.UN Studio, Moebius House, diagram, 1993 - 1998
2.UN Studio, Moebius House, osiedle Het Gooi w pobliżu Amsterdamu, 1993 - 1998

Estetica Stealth:
1.Tadao Ando,
hhstyle.com/ casa, Tokio, 2005

2.Dogma/ Pier Vittorio Aureli
3.Samolot F - 117 wykonany w technologii stealth
4.Luis Vidal, Auditory, Ciudad Real
5.Luis Vidal, Restauracja w muzeum Rein
a Sofia, Madryt
6.Rem Koolhaas, Casa da Música, Porto, 2005
7.Rem Koolhaas, Biblioteka Publiczna, Seattle, 2004
8.Rem Koolhaas, Biblioteka Publiczna, Seattle, 2004
9.Rem Koolhaas, Biblioteka Publiczna, Seattle, 2004

Rekonstruktywizm:
1.DRL, Honeycomb structure, 2006
2.Jurgen Meyer, Canopies, Sevilla, 2004
3.Unknown, Seamless Covering Structure, Oslo, 2005

Oraz:
1.Elemental Chile, Santiago de Chile, 2003

2.Simon Velez,
Pawilon Expo 2000, Hannover

Etykiety: ,

11 Comments:

Anonymous Mr. T said...

Praca u podstaw. Dzięki. Brawo.

niedziela, 25 marca, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Racja! Częścią problemu było chyba rzeczywiście zakompleksienie, jeszcze podparte obecną sytuacją polityczną. Ludzie sztuki jakoś utożsamili sobie fikuśny budynek "awangardowy" z jakimś zwiastunem nadziei na wolność wypowiedzi, kiedy to wpasowany w postkomunistyczny pejzaż budynek Kereza kojarzył im się właśnie z sytuacją stłamszenia wolnej myśli w dobie kaczogrodu. (Patrz portal spam. art.pl o projekcie Kereza).

niedziela, 25 marca, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Lub, po prostu..., różne różniste są gusta estetyczne ;)

niedziela, 25 marca, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

architekci nie wymyślają stylu,często się do tego nie przyznają (paradoksalnie LeCorbusier nienawidził stylu) szukają inspiracji w projektach niezrealizowanych ,inspiruje ich kultura współczesna lub fantazjują ,niektóre rozwiązania to sztuczki techniczne ,które rozwiązują jakieś kwestie funkcjonalne np.biblioteka w seattle, mają jakąś porywającą myśl-casa de musica jest przeniesieniem w inną skalę-kontekst domu mieszkalnego,są też kwestie nowej estetyki,teoria lub teoretyzowanie architektury
-architektura to nie jest łatwa sztuka

środa, 28 marca, 2007  
Blogger Patrick said...

Witam serdecznie.
Z chęcią wysłuchałbym opinii profesjonalistów na temat projektu nowego gmachu Opery Krakowskiej. Nie znam się zupełnie na architekturze poza "podoba się" lub "nie". Osobiście nie bardzo mi ten projekt przypadł do gustu, bo ani nie pasuje do Krakowa (skąd pochodzę), ani do opery.
Serdecznie wysłucham opinii znawców.
Pozdrawiam.

środa, 28 marca, 2007  
Blogger Patrick said...

P.S.
Dodaję link do grafik: http://www.opera.krakow.pl/nowy_gmach_inf.php?id=39

środa, 28 marca, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

nie wiadomo jak wyglądaja inne projekty, opinia jury jest przekonujaca liczy sie funkcjonalnosc,koszt,wygląd i bezproblemowosc realizacji oraz terminy,terminy,terminy...
jakby wzorowany na projekcie fostera hehe czy istnieje polska architektura?
http://www.arcspace.com/architects/foster/winspear/winspear.html

czwartek, 29 marca, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

nie przesadzaj z tym krakowem - to niby co tam pasuje do smoka wawelskiego? muzeum kantora?

piątek, 30 marca, 2007  
Blogger Patrick said...

Bzdura, bo Krakow to nie smok wawelski.

sobota, 31 marca, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Najmniej problemów z realizacją jest wtenczas, gdy się mieszka pod nawisem skalnym, albo w jaskińji... a koszt, i styl aktualny.... to nie wszystko... bo aktualne zaraz będzie dawne, nu i należy liczyć się z prestiżową rolą architektury... futuryzmu, lub widowiskowości zapewniające ważkość na dłuuuggggiiieeee lata... można nie lubić... ale w takim razie, co z awangardyamem jako ideą Krytykanta? ;)

sobota, 31 marca, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

tutaj też bywam ... chociaż ten artykuł powyżej to nie na moją krasnalą głowę... dla nas dobre choćby pudełko od zapałek.

krasnoludek

poniedziałek, 02 kwietnia, 2007  

Prześlij komentarz

<< Home