poniedziałek, stycznia 15, 2007

Siedem rodzajów złej sztuki współczesnej, czyli o obowiązkach krytyka w nadchodząym roku


Po co tworzyć katalog złej sztuki współczesnej, poza tym, że taki dotychczas nie istnieje? Otóż tworzyć go warto dlatego, że zła sztuka występuje dziś w dużo bardziej wymyślnych, niż jeszcze dekadę temu przebraniach. Ogólnie mówiąc - zła sztuka współczesna nie odróżnia się wyraźnie od dobrej, ale raczej podchwytuje jej języki i strategie. Wydaje się, że zatarcie wyraźnej granicy pomiędzy realizacją wybitną, a letnim, wtórnym „projektem” to skutek powszechnego zjawiska nadobecności sztuki w przestrzeniach współczesnej kultury. Zachodnie społeczeństwa bez wątpienia toną w sztuce - pomału tonie i nasze.

Jednak istotniejszym jest - i to już jest problem lokalny - że wobec takiego stanu rzeczy całkowicie bezradna pozostaje krytyka. Bowiem sztuki się dziś nie ocenia, a tylko relacjonuje - tak obiektywnie, jak to tylko możliwie (bardziej krytyczny, niż o wystawie może być tekst o remoncie Krakowskiego Przedmieścia). I stąd przede wszystkim - braku reakcji krytyki na złą sztukę, jednak nie oczywisty kicz - idea krótkiego spisu pułapek, które czyhają w galeriach, a które w recenzjach jawią się interesującymi propozycjami.

Oto katalog złej sztuki współczesnej, a więc rozwiązań, które ze względu na swą iluzoryczną progresywność zyskują powszechną akceptację, zaś w istocie są kiepskimi, łatwymi i wtórnymi. To wykaz kiczu naszych czasów, który z natury rzeczy uwidacznia się nie tylko w formie, ale przede wszystkim w koncepcji.

Wszystkie z siedmiu wyszczególnionych przeze mnie kategorii mają jednakowy rewers - retorykę usprawiedliwiającą kształt danej realizacji i/ lub sam fakt jej wykonania. Ten syreni śpiew skutecznie paraliżuje wszelkie pokłady zdrowego sceptycyzmu. Oczarowani krytycy okazują się być bardziej podani na to, co czytają i słyszą, niż na to, co widzą. Artyście pozostaje zatem wysmażyć coś wedle jednego z przepisów, które podaję poniżej, zastosować odpowiednią retorykę - a dzieło z pewnością doczeka się grzecznej relacji.

Dziś część pierwsza, czyli wtórności przede wszystkim formalne. Za kilka dni - konceptualne.


1.Niewspółczesne współczesności

Współczesne atrybuty (charakterystyczne tylko dla danej teraźniejszości) zobrazowane za pomocą całkowicie wtórnego języka plastycznego (mniej lub bardziej oczywiste realizmy).

Będą to zatem wszelkie doraźne ze swej istoty portrety codzienności: ascetyczne wizerunki nowej architektury, bloków, blokersów (wszelkich subkultur danego czasu), migawki z imprez, portrety znudzonych dwudziestoparolatków, przemalowane ekrany komputerów, komórek czy iPodów, rodzajowe scenki z wszelakich zakamarków dzisiejszej Polski (bazar, kościół, osiedle), i tak dalej.

Co znamienne, oczywiste epigoństwo w stosunku do sztuki minionej (wtórne abstrakcje, wszelkie kapizmy, klasycyzmy czy impresjonizmy) wychwytywane jest przez krytykę raczej bezbłędnie (często z kpiarską dezynwolturą), jednak w zderzeniu z niewspółcześnie sportretowaną współczesnością ci sami recenzenci pozostają bezradni. Warto powtórzyć zatem oczywistą prawdę, że w każdej epoce najtrudniej namalować (wyrzeźbić, narysować) jest drzewo. Jak, nie zaś co - oto papierek lakmusowy każdych, a więc i naszych czasów.

2.Poetyckie fragmenty pozornie zwyczajnej rzeczywistości
Szeroki i przepastny obszar wpływów Jarosława Modzelewskiego (jego twórczości używam tu jako pewnego symbolu, bowiem kolejni epigoni naśladują już tylko innych epigonów). Cechy szczególne: przestrzeń, wrażenie nostalgii, łagodna, stonowana kolorystyka (czasem z wyrazistym, choć gładko wkomponowanym w całość akcentem), puste krajobrazy, budynki sprawiające wrażenie opuszczonych, a sprowadzone do płaszczyznowo malowanych brył, czasem zamajaczy jakaś figura, pojawi się ślad narracji. Niby wszystko sprowadza się do rozgrywek formalnych, a jednak czuć tu obecność specyficznej metafizyki...

To jeden z bardziej wyrazistych przykładów na to, jak sprawna, choć całkowicie przewidywalna retoryka może omamić krytyków. Doskonale wtórne wyobrażenia zyskują więc w obiegu sztuki najnowszej rację bytu (tymczasem powinny być z niej wyłączone apriorycznie, jak na przykład poklasycystyczny kicz), jeśli tylko autor uprawomocni je artykulacją swego zamierzenia - a nieodmiennie jest nim pragnienie odnalezienia niezwyczajności w zwyczajności. To hasło stało się wytrychem, którym byle malarczyk może sforsować drzwi prestiżowej, poważnej zdawałoby się galerii, to jest usprawiedliwienie każdej ckliwej sentymentalności.

Jeśli zaakceptujemy zatem kolejne wcielenia niezwyczajnej zwyczajności, przyznamy tym samym, że od sztuki nie wymagamy więcej, niż zwykło wymagać się od salonowych dekorów - łatwych, strawnych obrazków zaprawionych szczyptą frazesów o poezji. Kiedy bowiem wspomnianą retorykę - jako adekwatną do opisania i zrozumienia tego typu dzieł - podejmują krytycy, legitymizacji ulegają najbardziej chyba dziś sztampowe przedstawienia zwyczajności, ulotności czy nastrojowości.

3.Przewrotna gra z kiczem
Choroba wieku dorastania, szczególnie podatni są na nią studenci, jednak również właściciele rozmaitych galerii i galeryjek pragnący pokazać „sztukę młodych”. Wszelkiego rodzaju niby ironiczne obrazki z zachodzącym słońcem, jeleniem na rykowisku, ptaszkami, motylkami, ponadto wykorzystywanie motywów ze sztuki ludowej (nie tylko polskiej, często np. meksykańskiej) czy rozmaitych naiwizmów, również quasi barokowego przepychu.

Podniesienie problematyki (i estetyki) kiczu ma tu być pretekstem do rozważań na temat naszych złudnych jakoby przyzwyczajeń odnośnie sztuki, ponadto cienkiej granicy pomiędzy sztuką a niesztuką i samej sztuki umowności. Niezmienny jest również postulat gry z konwencjami oraz deklaracje o przewrotności wykonanego gestu (podczas, gdy jest on doskonale anachronicznym). Typowym jest w końcu bajanie o poszukiwaniu szczerości. W istocie prace wykorzystujące kicz spełniają rolę popularnych gadżetów, trendy rekwizytów, bez mała designu. Bowiem w tym wypadku trudność polega nie tylko na nowatorskim ujęciu istniejącej już estetyki, ale również na wydobyciu z tego aktu jakiejkolwiek intelektualnej głębi (na znalezieniu dla niego powodu).

Zatem artyści posługujący się kiczem to sieroty jeśli nie po Koonsie, to po Dubossarskym & Vinogradovie czy choćby Karen Kilimnik (względnie Stelli Vine i wielu jeszcze). Warto nadmienić, że w Polsce owa fascynacja wydaje się być szczególnie silna, a tego typu realizacje stają się akademizmami swoich czasów, których subwersywne możliwości dawno już się wypaliły.

Na ilustracji doskonały przykład niezwyczajnej zwyczajności w wykonaniu Marii Kiesner (Żółty dom, 90 x 120 cm).

Etykiety:

60 Comments:

Anonymous Anonimowy said...

Hej!
Śledzę Twój blog od początku i pierwszy raz muszę z kolegą nie zgodzić. Aż się cieszę bo myślałem, że w jakąś chorobę wpadam.
To co napisałeś ma (tak przynajmniej uważam ja) pewną istotną lukę. Każda sztuka ubrana jest w formę, która jak by nie patrzeć (no chyba, żeby zamknąć oczy) jest bardzo ważna. Uwaga moja ma tym bardziej znaczenie, że zdajesz się odwoływać w większości do malarstwa. Tu szczególnie widać niedociągnięcia ze strony teoretyków sztuki. Aby ocenić obraz musisz choć trochę się na nim znać, czuć a nie tylko opisać co jest na obrazku. Tak jak w muzyce poza melodią istniej brzmienie. Co zrobić z takim muzykiem noizowym? Nie mam tam nic do pogwizdania przy goleniu ale jest brzmienie, które artysta świadomie krztałtuje dobierając odpowiednie np. głośniki do sali koncertowej, itp.
Mam nadzieję, że to co napisałem nie będzie równoznaczne z podejściem autora wystawy "Starzy, nowi mistrzowie". Nie o taka forme mi chodzi, nie o malarstwo, które kończy się w momencie namalowania i nie dba np.: o odpowiednie oświetlenie.
Pozdrawiam

poniedziałek, 15 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Rzeczywiście zjawisko "postmodzlewszczyzny" jest obezna wsród "młodych". Widać to zwłaszcza na warszawskiej ASP, jednak żadna to nowość. Wcześniej były "cybiski", potem abstrakcja postkolorystyczna pod Gierowskiego, a teraz małe "modzelki". Za parę lat będzie pewnie moda na innego akademika. Bo dopóki będą akademie to akademizm też będzie. Nic w tym nowego. Zawsze to było i jakoś świat się nie zawalił.Żadne to novum.

poniedziałek, 15 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Ad.1.
Przyznam szczerze, że nie wychwyciłem w czym i gdzie się nie zgadzasz? Trochę tej metafory z muzyką nie łapię... ;)

Abstrahując od tego, że absolutnie nie każda sztuka ubrana jest w formę. I jeszcze - powyższe przykłady odnoszą się nie tyle do malarstwa, co do realizacji przedstawieniowych (dowolne medium) - choć "modzelki" oczywiście tak.

pozdrawiam

Ad.2.
Ależ ja nie twierdzę, że to novum! A już na pewno nie twierdzę, że wali się świat. ;)
Twierdzę jedynie, że krytyk, który, zdawałoby się, "zna się na sztuce", tego akurat rodzaju kiczu nie rozpoznaje (rozpoznawać nie chce?; rozpoznaje, ale ze swoimi gustami ukrywa się?). O to mi szło. Na marginesie - oczywiście punkt 2 jest najbardziej "anachroniczny". Co nie zmienia faktu, że jest. Aha, "modzelki", choć wyszły z Warszawy (w naturalny sposób), dawno jest nurtem uniwersalnym.

pozdr

poniedziałek, 15 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Dobrze! To jest wszystko malarstwo... Ale co z innymi dziedzinami. Pozwolę sobie podać przykład:

Sztuka performance:
1. Tarzanie się na golasa w miodzie i mące. Nagość i substancje podkreśla łączność artysty z ziemią.
2. Interwencyjki. Coś śmiesznego i na pozór odświeżającego. Dokumentacja z jazdy pociągiem bez biletu, malowanie ścian galerii itp.

Sztuka video:
1. Colage. Nawarstwianie się obrazów o drastycznym lub symbolicznym charakterze.
2. Migadełka. Im więcej migania, tym lepiej.

Proszę o ewentualne rozwinięcie. Pozdrawiam.

poniedziałek, 15 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Dobrze!
To wszystko nie jest - patrz odpowiedź wyżej - malarstwo, ale nie o to chodzi.

Za to ostatnie, czego bym chciał, to spis "żartobliwy", sprowadzający sztukę współczesną do wymiaru hucpy, tanich trików, "tarzania się na golasa w miodzie i mące" (które gdyby tylko nie było to koszmarnie wtórne, mogłoby oczywiście zafunkcjonować tak, jak funkcjonuje malowanie patykiem po kawałku płótna). No właśnie - o nierozpoznanie wtórności przez krytykę mi chodzi.

Ciąg dalszy - jak napisałem - za kilka dni.

pozdrawiam

poniedziałek, 15 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Hmm... Wciąż widzę tylko odniesienia do malarstwa (i to do pewnych nurtów aespowskio-warszawskich), z którymi zapewne chciałby pan się rozprawić. Może się mylę, ale chociaż wymienione przeze mnie przykłady brzmią "żartobliwie", wcale nie jest mi do śmiechu, kiedy widzę ich prym w sztuce.
Porównywanie performance do malarstwa z punktu widzenia narzędzi i środków nie jest fortunnym rozwiązaniem. Różnica między tymi dwoma mediami polega na tym, że w malarstwie ważna jest iluzja obrazu utworzonego przez artystę (nie ważne czy patykiem, czy palcem).
W performance ważne jest jakich środków i narzędzi się używa ponieważ performance pozbawiony jest iluzji malarstwa. Tu środki i narzędzia tworzą znaczenia w sposób bardziej bezpośredni, niż akryle, oleje, akwarele, czy kredki woskowe. Jeśli ktoś tarza się na golasa w miodzie i mące po raz setny, nie jest to tożsame z używaniem farb olejnych po raz tysięczny. Ale zapewne chodzi nam o to samo... Pozdr.

wtorek, 16 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Z nikim nie chcę się rozliczać.

A ponadto. Wydaje mi się, że Pański błąd polega na tym, że używa Pan cokolwiek nieaktualnych pojęć - "performance", etc. To tak elastyczne, że praktycznie obejmuje zbyt wiele, by być konkretnym. Lepsze być może jest używania pojęcia typu "strategia"/ "taktyka" - ale nie w znaczeniu pejoratywnym (planowania ekspansji w art worldzie itp.), tylko jako generowanie pewnej myśli (zamysłu, koncepcji, "pojęcia twórczości"). Ale to temat na dłuższą debatę.

Zatem ja staram się trochę umownie tworzyć pewne kategorie, które mieszczą się w obrębie owych "strategii". Dlatego już pisząc "Ale co z innymi dziedzinami" - nie ma Pan racji, bo nie ma "innych dziedzin".

Oczywiście "modzelki" trochę zaburzyły perspektywę - zdawałem sobie sprawy z tego, że tak będzie, ale jest to w Polsce na tyle rażący przykład akceptowania taniego kiczu, że postanowiłem o tym w tym dokładnie kontekście wspomnieć. Podkreślam raz jeszcze, że "kicz" i "portrety codzienności" to już niekoniecznie malarstwo.

Innymi słowy - staram się wyliczyć niedzisiejsze s t r a t e g i e.

pozdr.

wtorek, 16 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

znów napisał Pan co to jest zła sztuka, a kiedy będzie o dobrej wreszcie? wiedza, czego unikać jest cenna, ale bez wiedzy dokąd w takim razie zmierzać (z czym się zmierzać?) artysta/student jest sfrustrowany i bezsilny...

wtorek, 16 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Ciekawy punkt widzenia... Szczególnie się nie zgadzam ze stwierdzeniem - "Jak, nie zaś co - oto papierek lakmusowy każdych, a więc i naszych czasów". Co jest równie istotne jak i "jak" (dobieramy narzędzia do pomysłu). Przykłady? W Polsce? Proszę bardzo - Sawicka, Grupa Ładnie, Bodzianowski, Sztwiertnia, Althamer itd

wtorek, 16 stycznia, 2007  
Anonymous Mr. T said...

Słusznie, czekam na grzechy konceptualne. Wydaje mi się że tam własnie lezy problem największy, i ciekawym jak krytykant sobie z nim poradzi.

pozdrowienia

wtorek, 16 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Ad. 1.

Artysta/student winien zmierzać się z prawdą, dobrem i pięknem.

Zaś krytyki pochwalnej mamy aż nadto. Jak natknę się na perłę, nie omieszkam wspomnieć.


Pozdr

Ad.2.

"Co" i "jak" to jajko i kura, oczywiście. Jednak - nie dam głowy - jeśli jest dobre "jak", "co" jest oczywiste i mówić o nim jest niemal niestosownością, stawianiem kropki nad "i".

"Jak" uchwycić drzewo - żeby było współcześnie, żeby określało/odbijało dzisiaj? To trudne. Zamiast tego łatwiej namalować blok, za to niewspółcześnie. I tyczy się to oczywiście mediów bardziej "klasycznych" - Althamer jest tu więc przykładem dobrym tylko o ile idzie o rzeźby (nie jestem aż takim straceńcem, by twierdzić, że w "działaniach" np. Bodzianowskiego ważne jest "jak"! na zasadzie formy).

Więc, dajmy na to - Autoportret Althamera. "Po co?", powiada Pan. Po to, co zwykle. Za to - jak!

Mr.T:

Może faktycznie większy... Jutro - pojutrze będzie. Pozdr.

wtorek, 16 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

A więc sam pan przyznaje, że wyliczanie "złych nawyków" jest trochę zawężające i w efekcie woła o szerszą debatę. Myślę, że ważne jest aby wychwycić badziewie, ale trudno jest stworzyć "leksykon rzeczy do unikania", ponieważ nie każdy "żółty dom" jest tym samym "żółtym domem" i chyba jest to raczej sprawą instynktu. Ze sztuką jest trochę jak z jedzeniem. Czasem o katastrofie decydują składniki, czasem przyprawy, czasem niedogotowanie. Kiedy indziej mamy apetyt na coś zupełnie innego. Niestety natenczas większość obywateli naszego kraju nie odczuwa głodu :)

wtorek, 16 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

...zaś stosowana przewlekle dieta tłusta
i mączna niechybnie prowadzi do schorzeń (wątroba!);))

A propos Althamera i Bodzianowskiego -
czy nie jest czasem tak, że u obu "co" warunkuje w przeważającym stopniu owo "jak"? Innymi słowy - gdyby Althamerowi chodziło jedynie o ustosunkowanie się do "klasyki" rzeźby, o "narysowanie drzewa" - czy cała jego późniejsza twórczość obrałaby taki, a nie inny kierunek? Być może "drzewo" wczoraj - nie jest
już "drzewem" dziś, może "drzewa" trzeba szukać gdzieś indziej?
Może właśnie to robią Althamer i Bodzianowski, a jeśli tak - to nie powinniśmy mierzyć ich działań niedzisiejszymi narzędziami?

wtorek, 16 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Im dalej w las... Tutaj chyba należałoby wrócić do prostej prawdy o sztuce. Ciężka praca prowadzi do sukcesu. Nieważne, czy to drzewo, czy pies, bez pracy nie ma kołaczy, że się znów posłużę metaforą kulinarną.

środa, 17 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

"prawda, piękno i dobro"? ales mi Pan zasunął! a łot abałt patriotyzm? ;) to był żart... ale wszystko już było, więc :(

środa, 17 stycznia, 2007  
Blogger foka said...

Szukanie w utworze nie tego, co w nim jest czy co autor sobie zamierzył, lecz tego, co chciałby i co sobie zamierzył szukający, jest oczywiście błędem, który wielokroć uniemożliwia wielu odbiorcom sprawiedliwą ocenę wielu dzieł. Błąd ten wynika z faktu, że mnóstwo ludzi, będących nominalnie odbiorcami sztuki, w istocie nie zajmuje wobec niej postawy odbiorczej, lecz utwór jest dla nich jedynie okazją czy podnietą do uruchomienia swego temperamentu, w jakiś sposób twórczego: ludzie ci nie zajmują wobec dzieła sztuki postawy kontemplacyjnej, lecz postawę postulującą - to są twórcy bez twórczości, producenci nie produkujący.

S. Kisielewski Gwiazdozbiór muzyczny

Zgadzam się z postulatem aby krytykować a nie relacjonować. Ale widzę, że problem Twojej krytyki leży w złym wyborze punktu przyłożenia.

...zaś w istocie są kiepskimi, łatwymi i wtórnymi.

Argumenty na poziomie prl-owskiego, dzielnicowego komitetu do spraw jakości sztuki. Brakuje jeszcze zarzutu o "imperializmu".

1.Niewspółczesne współczesności

Niewspółczesny zarzut epigoństwa, pojawiający się w każdej z epok, w kontekście każdego artysty. To dopiero jest epigoństwo w krytyce.

2.Poetyckie fragmenty pozornie zwyczajnej rzeczywistości

...przyznamy tym samym, że od sztuki nie wymagamy więcej, niż zwykło wymagać się od salonowych dekorów..

Etyka to nowa estetyka, czyż nie Towarzyszu? A tu tylko
imperialistyczna estetyka.

Piękna retoryka - salonowe dekory jako zło. W kołchozach wszak nie ma dekorów.

3.Przewrotna gra z kiczem

W istocie prace wykorzystujące kicz spełniają rolę popularnych gadżetów, trendy rekwizytów, bez mała designu. Bowiem w tym wypadku trudność polega nie tylko na nowatorskim ujęciu istniejącej już estetyki, ale również na wydobyciu z tego aktu jakiejkolwiek intelektualnej głębi (na znalezieniu dla niego powodu).

A tutaj, Towarzyszu, dwa powyższe w jednym. Epigon imperialista.

Zaskakujące, jak głęboko zakorzenione zostało zdemoralizowanie przyniesione wraz z październikowymi wiatrami. Ale czemu ja się dziwię, przecież nauki związane ze sztuką, to nauki humanistyczne, a tutaj pranie mózgów odchodziło całą parą.

Kuba, skończ z Marksem, ja Cię proszę!

pozdrawiam,
foka

środa, 17 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Oj Przemek

środa, 17 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

jest wiele prawdy w tym co pisze Foka
choć forma ironiczna i wydawałoby sie absurdalna

środa, 17 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

a co z fotografią? co np. z fotografią portretową?

środa, 17 stycznia, 2007  
Anonymous k s said...

'"Jak" uchwycić drzewo - żeby było współcześnie, żeby określało/odbijało dzisiaj? To trudne. Zamiast tego łatwiej namalować blok, za to niewspółcześnie.'


kuglarski dla mnie ten argument.nie rozumiem.....

środa, 17 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

a ja wiem jak uchwycić to drzewo: trzeba namalować palmę z ronda de Galluea.

środa, 17 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

ja też wiem! zapraszam: http://esencja.blog.onet.pl/2,ID166051264,index.html

środa, 17 stycznia, 2007  
Anonymous k s said...

jak sasnal nowowcześnie maluje drzewa?

ps.ja na prawdę chce się dowiedzieć.to nie takie czcze wytykanie tylko....

środa, 17 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Lud chce wiedzieć, dlaczego Sasnal maluje drzewa nowocześnie.
Nie unikaj odpowiedzi! Chcemy poznać TWOJĄ opinię. Dlaczego Sasnal nie jest wtórny?

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

KS:

kuglarski? ależ nie, całkowicie serio. drzewo zwierciadłem malarstwa.

Sasnal:

Bez tytułu, 2003, 45 x 50 cm
Bez tytułu (Północ), 2003, 40 x 35

i zieleń, bo o przyrodę jako taką w gruncie rzeczy tu chodzi (o wszelkie "obiekty", które mogą pojawić się niezależnie od epoki - też portret, etc.):

Bez tytułu (Most), 2003, 70 x 80

I wiele innych (wszystkie powyższe z albumu "Night Day Night").

pozdrawiam

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

ps2. Dlaczego one są nowoczesne? Nie chcę popadać w trywializmy, ale dlatego jest nowatorski, że wydobył z czystej materii malarskiej (farb i terpentyny) to, czego nikt inny nie wydobył, a na dodatek określił ("odbił") tym rzeczywistość swojego czasu i miejsca. To frazes, ale to jest w gruncie rzeczy proste. To niezmienne prawo. Poza tym - no jak można tego nie widzieć?! ;)

Każde wielkie malarstwo (przedstawieniowe) to mimesis swoich czasów - to taka moja prywatna teoria.

pozdr

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Blogger foka said...

Każde wielkie malarstwo (przedstawieniowe) to mimesis swoich czasów - to taka moja prywatna teoria.

...sztuka to nie tylko zjawisko artystyczne, lecz również psychologiczne, socjologiczne i, jak wszystko na tym świecie, historyczne. Jedna i ta sama rzecz staje się zupełnie czymś innym - zależnie od kategorii oceny i od punktu widzenia. Nędzny człowiek może być wielkim generałem, a wielki człowiek może być nędznym generałem. Oczywiście kryteria "wielkiego generała" można określić jednoznacznie, gorzej będzie z próbą definicji wielkiego człowieka.

S. Kisielewski, Gwiazdozbiór muzyczny

Piękne te drzewka, słupki...signum temporis.

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

No i macie swoją odpowiedź wszyscy pytający o to, co lubi Pan Kuba. Pan Kuba lubi mimesis! :)

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Otóż proszę sobie wyobrazić, że można tego nie widzieć. Można widzieć natomiast to, że Obrazy Sasnala (podobnie Bogackiej i reszty...........) to projekty plakatów wykonane zamiast przy pomocy komputera- farbą olejną lub akrylową na płótnie. Sposób położenia farby jest chamski. Na przestrzeni dziejów malarze wyczarowywali na takim czy innym podobraziu swoje światy, przy pomocy takiej czy innej farby. Wyczarowywali! Wystarczy przejechać się do Wiednia i obejrzeć Infantki Velazqueza. Wystarczy pojechać do Londynu i obejrzeć Rothkę. Ta niesamowita, trudna do określenia emanacja jaka bije od ich obrazów....sprawa współistnienia kolorów, plam, kresek, położonych w taki a nie inny sposób. Próbuję sobie wyobrazić "słupki" Sasnala zawieszone między Rothką a Rouault i nijak tego nie widzę. Sasnal jest słaby (nie ta wizja i nie ten język) . Tak- Sasnal nie używa języka malarstwa. A jakoś bez problemu widzę obok siebie na ścianie obrazy Rothki i Rouaulta. Że język malarstwa ewoluował? Tak, dlatego obok tamtych obrazów widzę Tapiesa. Ale cały czas obok Tapiesa nie widzę Sasnala.Kto widział wystawę w Zachęcie- U Modzelewskiego zaczyna się w "żaglówce" wiszącej w środku ta emanacja. A widać to jak się porówna ten obraz z wiszącym po prawej wcześniejszym (zdaje się że z okresu Gruppy), który jest malarsko słabszy.
Dwurnik w Zachęcie- to jest dopiero signum temporis! Jak w ogóle Morawińska śmiała takie gówno pokazać jako przykład malarstwa polskiego?!
ps.
Pan zdaje się zna malarstwo Tarasewicza. Byłbym wdzięczny jeżeli mógłby mi Pan jako profesjonalista, niedouczonemu leniwcowi, wyłożyć czy jego aktualne malarstwo jest przedstawieniowe czy nieprzedstawieniowe.

Pozdrawiam

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Blogger foka said...

A propos Dwurnika, to miałem zaszczyt podziwiać jego obraz w kolekcji Pałacu Prezydenckiego. Śmiem wątpić, aby był to prywatny zakup p. Kaczyńskiego.

Otóż, Proszę Państwa, choćbym miał być jedyny na tej planecie, nieodmiennie będę wrogiem wszelkiego państwowego mecenatu nad sztuką. Sztuka wygląda tak jak wygląda, gdyż demokratyczne dogmaty ją rozsadziły od środka, a laicka historia i krytyka sztuki temu przyklaskuje i pławi się w tym ordynarnie.

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Ano właśnie, Pan Kuba lubi mimesis...

Foka:

Przemku, jesteś dla mnie stanowczo za mądry, wspomnę tylko, że o ile Kisiel to zacna lektura, to chyba Twoje wypowiedzi są cokolwiek nie na temat.

Dlatego pozwolę sobie nie odpowiadać, także dlatego, że nie umiesz wyjść poza swój punkt widzenia (społ. - ekonom.), a sztuka tego wymaga. Dokładnie - wymagają tego sztuki plastyczne. Właśnie Twoje uporczywe podkreślanie kwestii ekonomicznych i politycznych mnie zdumiewa (jeszcze nie każe wątpić w Twą przepastną inteligencję). Sztuka ma się dobrze niezależnie od systemu, zaś z pieniądzem jest związana zawsze (czego jakże przewrotnie dowodzi choćby Twój ulubiony Santiago Sierra). To prawda - ustosunkowuje się do systemu, odbija go, ale jakościowo dobra jest tak samo w monarchii absolutnej i demokracji.

Ale brawo - dopasowywanie cytatów dot. generaliów (i generałów) do wyjętych z kontekstu strzępów moich wypowiedzi opanowałeś bezbłędnie! ;-)

ps. Dwurnik jeszcze z czasów Kw.

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Blogger foka said...

Kubo, nie zgadzam się. Sztuka to nie tylko artyzm, jak już poparłem wcześniej cytatem nie na temat. Staram się zwrócić Twoją uwagę na to jak marksizm kulturowy rządzi całą współczesną sztuką, jak i historią sztuki (nauką). Kolejny cytat nie na temat:

...marksizm ekonomiczny i kulturowy, używają metody analitycznej, która daje im odpowiedzi jakich chcą. W przypadku klasycznego marksizmu tą metodą analityczną jest marksistowska ekonomia. W wypadku kulturowego marksizmu jest nią dekonstrukcjonizm. Dekonstrukcjonizm zasadniczo bierze jakikolwiek tekst, usuwa z niego całe znaczenie i wprowadza na to miejsce znaczenie pożądane. Tak więc otrzymujemy, na przykład, że cały Szekspir jest o opresji kobiet, czy że Biblia jest w istocie o rasie i płci. Wszystkie te teksty służą udowadnianiu, że "cała historia jest historią jaka grupa miała władzę nad jakimi innymi grupami". Zatem podobieństwa są ewidentne między klasycznym marksizmem, z jakim zapoznaliśmy się w przypadku Związku Sowieckiego, i kulturowym marksizmem, jaki widzimy dzisiaj w postaci poprawności politycznej.

William S. Lind, Jak powstała polityczna poprawność

Dementuję, jakoby S. Sierra był moim ulubionym artystą. Nie wiem w jaki sposób to wydedukowałeś z mojego jednego pytania, czy o nim słyszałeś.

Jeśli chodzi o wychodzenie poza swój punkt widzenia, to przyznaję, że np. Sasnal z powodzeniem by się sprawdził np. w PRL jako twórca plakatów propagandowych, tego mu nie mogę ująć.

Widzisz, ja ponieważ jestem osobą wierzącą, podchodzę do sztuki jako tego co się wywodzi z talentu danego ,oczywiście, od Boga.

Jeżeli mamy do czynienia ze sztuką, która nie posługuje się estetyką wizualną, lecz intelektualną to oceniam ją wg. swoich kanonów estetyki intelektualnej, odwołujących się do wartości chrześcijańskich. To co jest sprzeczne uznaję za ułomne i złe. Jeśli zatem system powoduje dany kształt sztuki i system jest sprzeczny z wyżej przytoczonymi wartościami, to efekt jest taki jaki widzimy.

Jeśli mamy państwowy mecenat, to system ma bezpośredni i jednokładny wpływ na sztukę.

Możesz pozostawać w swoich artystowskich fantasmagoriach, ja to nazwę krótkowzrocznością.

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Blogger foka said...

Ad. Dwurnik

Dlaczego zatem Tow. Kw. nie zabrał go ze sobą jak się wyprowadzał?

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Wiesz, pierwszy i podstawowy problem jest taki, że nie masz zielonego pojęcia o sztuce (co pośrednio właśnie przyznałeś) - to nie zarzut, tylko stwierdzenie faktu (nie każdy znać się musi). Twoje "oceny" to tylko dostosowanie światopoglądu do płaszczyzny sztuki, zbyt chyba tanie prowokacje (tylko ktoś, kto opiera swą wiedzę nt. Sasnala na wstukaniu jego nazwiska w google mógł napisać to, co napisałeś).

Zaś ta rozmowa jest dla ciebie tylko pretekstem do intelektualnego ping - ponga, często frapującego, lecz z istoty raczej nieskończonego. Dlatego opierałem się tej "dyskusji" w tym miejscu i formule.

To, że cenisz Sierrę wnioskuję, nie z tego - manipulatorze - że "pytałeś, czy o nim słyszałem", ale z tego, że zakrzyknąłeś "a znasz tego zajebistego typa, co dziara ludziom kreski na plecach? To jest mistrzowskie!".

:-)

pozdr.

ps. Nie wiem dlaczego KW. nie zabrał Dwurnika, przypuszczam, że ma to związek z tajemniczymi nićmi łączącymi sztukę i władzę.

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Blogger foka said...

Wiesz, pierwszy i podstawowy problem jest taki, że nie masz zielonego pojęcia o sztuce (co pośrednio właśnie przyznałeś) - to nie zarzut, tylko stwierdzenie faktu (nie każdy znać się musi).

Olśnij mnie wreszcie gdzie się zdobywa akredytację na bycie znawcą sztuki?

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

wnioskuję ,że Krytykant jest tym który zna się na sztuce....

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Przemek... No raczej nie wysysa się tego z mlekiem matki... Wiesz, raczej standard - nauka plus "własne zainteresowania". coś jak piekarz, szewc, ekonomista - to obszar pewnej wiedzy. Ale to chyba prowokacja z Twojej strony, bo nie wierzę byś myślał, że akurat na sztuce "zna się każdy" i każdy mówi o tym z jednakowym sensem.

"wnioskuję ,że Krytykant jest tym który zna się na sztuce...."

- tak.

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Blogger foka said...

...nie wierzę byś myślał, że akurat na sztuce "zna się każdy" i każdy mówi o tym z jednakowym sensem.

Nie mówisz o każdym, tylko mówisz o mnie. Zakwestionowałeś moje wykształcenie i zainteresowania.

Twoja krytyka sprowadza się do zrzędliwego klimaciarstwa, bezpiecznego, bo wskazującego tylko cudzych wybrańców. Argumentację masz na poziomie dyletanta, a ostatecznym argumentem jest dla Ciebie kwestionowanie wiedzy dysputantów.

Otóż znam pewną postać życia publicznego, która podobnie jak Ty, wielbi ostry pamflet, który w rezultacie kończy się na idiotycznym personalnym deprecjonowaniu.

Oto fragment który prezentuje tegoż oto autora.

Kisielewski Stefan. Zawód: kompozytor, krytyk muzyczny, powieściopisarz, katolik, publicysta. Niezwykła ilość umiejętności, ale w każdej z tych dziedzin średnio uzdolniony. W sumie uchodzi za postać wybitną i człowieka wielkiego talentu. Rangę tę zawdzięcza nie Stwórcy, w którego Kisiel wierzy. Ten bowiem dawał Kisielewskiemu z różnych naczyń, lecz po kropelce. Kisiel jest kimś tylko dzięki marksizmowi, którym gardzi, gdyż wyłącznie ta doktryna wmawia ludziom, że ilość przechodzi w jakość.

Wypowiedz Jerzego Urbana dotyczy opinii jaką wyraził o nim Kisiel w swoim "Abecadle". Pochodzi z książki Iwony Janczewskiej-Altyńskiej pt. "Kontralfabet dla Kisiela".

Nie porównuję siebie do Kisiela, lecz Ciebie do Urbana, żeby było jasne.

Adieu!

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Nie sądziłem, że aż tak nisko mnie cenisz, jednak - po pierwsze - nie sprowadziłem tego wątku do personaliów. Przeciwnie: odpowiadałem na Twoje argumenty. To Ty wspomniałeś o sobie jako jednostce, którą rzekomo deprecjonuję (i to idiotycznie). Ja napisałem tylko o ogólnej zasadzie (wykształcenie jako pewien istotny przyczynek do specjalizacji). Ty zaś podkreśliłeś "moje", "mnie". Czyli nie odparłeś argumentu, tylko sprowadziłeś go do personaliów.

Jeśli jednak to zrobiłeś, to odpowiem - tak, kwestionuję Twoje wykształcenie w tej kwestii. Z tego co mi wiadomo, skończyłeś Akademię Muzyczną (obój), zaś teraz między innymi zajmujesz się tworzeniem muzyki do gier komputerowych, nadto czytaniem Kisiela.

Ja nie wypowiadam się o jakości utworów na obój (czyli nie wartościuję ich), bo musiałbym znać wszystkie fundamentalne wykonania począwszy od XVII wieku (za wikipedią, jak Ty o Sasnalu), itepe.

Ciao

ps. Twoją błyskotliwą wyliczankę dot. słabości moich argumentów (krytyki) dobrodusznie pomijam. Gdybyś przeczytał uważnie kilka tekstów z tego bloga, wiedziałbyś, że nic z tego, co napisałeś nie jest prawdą (to zakłada jednak pewną intelektualną uczciwość).

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Blogger foka said...

Owszem, skończyłem Akademię Muzyczną, tytuł posiadam magistra sztuki w dziedzinie pedagogiki instrumentalnej w specjalności obój (2006). To, że stworzyłem oprawę dźwiękową do gier komputerowych też się zgadza. Nadto studiowałem jako ekstern dwa lata w pracowni multimedialnej kreacji artystycznej na wydziale grafiki warszawskiej ASP . Tamże zajmowałem się przestrzennymi instalacjami dźwiękowymi (zdaje się, że byłeś nawet na wystawie jednej z nich). Zajmuję się teraz przedsiębiorczością, m.in. związaną ze sztuką, a wśród moich zainteresowań oprócz czytania Kisiela (który nota bene też zajmował się sztuką) znajduje się również sztuka ogólnie pojęta.

Wybacz, jeśli Cię to przerasta, że ktoś spoza wydziału UW historii sztuki może się interesować sztuką. Piszę to, aby pokazać całokształt innym osobom, które to mogą czytać. Będę bronił swojego imienia, przed Twoimi urbanowatymi wypowiedziami.

A co do Twojej ignorancji na temat oboju, a raczej może muzyki poważnej - sorry Winnetou, raczej nie ma się czym chwalić. Jeśli uważasz, że to zagadnienie nie ma nic wspólnego ze sztuką to staje się jasne, że ten blog powinien się nazywć >>Ignorant<<.

Kuba, szkoda, że tak się to kończy, ale widzę, że jednak pomyliłem się w ocenie. Twoja krytyka pyszałkowatości, nic poza tym. Dzisiaj udowodniłeś to dobitnie.

Nie używaj internetu zatem, jeśli nie masz wykształcenia w tej dziedzinie, ok?

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Nie unoś się, wszak powiedziałeś, że tez lubisz ostre spory.

Jedyne co mnie martwi, to konsekwentne zatracanie konsekwencji - logiki Twych wypowiedzi (ich przystawalności do faktycznej treści wypowiedzi moich).

Nie musisz "bronić imienia", bo nie odniosłem się ani razu do Twojej osoby (charakteru, cech, etc.), a tylko starałem się wykazać mylność Twych sądów (wydawało mi się, że dopóki nie straciłeś rezonu, dość dobrze się bawiłeś, nie było w tym takiej, jak teraz zaperzki).

nie "chwalę" się nieznajomością bądź nie czegokolwiek - znowu nadinterpretujesz. To był tylko chłodny przykład.

Być może studiowałeś hist. sztuki w domowym zaciszu, jednak Twoje dyletanckie wypowiedzi tego nie potwierdzają - nie jesteś zatem owym "wyjątkiem potwierdzającym regułę".

Jednak - widzisz - starałem się łagodnie Ci zasugerować, że nie ma się czego wstydzić - mimo, iż poruszasz się w obrębie tworzenia, kreacji, itp. nie musisz się znać na malarstwie, to o niczym nie "świadczy". Twoje przemyślenia akurat w kontekście tego bardzo konkretnego postu są bezsensowne - są refleksem wyznawanej przez ciebie ideologii (nie oceniam jej - od razu uprzedzę; chodzi o sam fakt).

Operujesz bądź to ogólnikowymi epitetami (dot. mojej osoby, nawet nie w kontrze), bądź to porównujesz sztukę do jakiś wyimaginowanych prawideł, które stanowią podporę Twojej filozofii.

Dlatego od początku - powtórzę raz jeszcze, znowu w zupełnym spokoju - nie chciałem pochylać się nad Twoimi "argumentami" o marksizmie, etc., podczas gdy tekst był jedynie dość beztroską próbą zestawienia kilku przypadłości współczesnej sztuki (czy raczej podkreślenia faktu, że niedostrzegają ich krytycy).

Nie wiem również, co "tak się kończy" - prześledź proszę swoje posty pod kątem racjonalności użytych argumentów i ilości epitetów.

Zarzucasz mi retorykę, której sam używasz, to jakaś projekcja.

Nielogiczny jest też ustęp o Internecie: nie muszę być wytrawnym znawcą metalurgii, by korzystać z noża.

Jeśli chcesz to kontynuować - bardzo proszę. Mogę spokojnie odbijać Twoje coraz ostrzejsze posty, bo i tak nie znasz się na sztuce. Hehe.

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Blogger foka said...

nie odniosłem się ani razu do Twojej osoby (charakteru, cech, etc.)

nie masz zielonego pojęcia o sztuce

nie "chwalę" się nieznajomością bądź nie czegokolwiek

"wnioskuję ,że Krytykant jest tym który zna się na sztuce...."

- tak.

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Ostatecznie wygrywa sztuka a nie krytyka, choć krytycy by chcieli inaczej.

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Panowie Foka i Krytykant. Rozumiem, że właśnie tak wyglągda krytyka w Polsce. Koniec końców dwóch kolesiów jest bliskich spotknia się i naplucia sobie w twarz nie mówiąc o rękoczynie. Szkoda, że krytyk, którego jedną z podstwowych ról jest rola edukacyjna w naszych warunkach nie istnieje, bo jak prowadzić dyskusje jeśli w jej efekcie w najlepszym przypadku można zostać obrażonym? Cóż mogę jedynie stwierdzić na podstawie tej cudnej wymiany zdań: Jaka krytyka taka sztuka...

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Przemku!

Napisałeś, że jesteś chrześcijaninem - docenisz więc zapewne mój gest. Oto bowiem nadstawiam drugi policzek. Aby podkreślić moje uniżenie względem Ciebie, pozwoliłem sobie poczynić wybór Twych zacnych argumentów (by moją klęskę bardziej jeszcze uwidocznić).

Pominę też dobrodusznie krytykę Twej logiki, za maluczki na nią jestem (jakim cudem frazę „nie masz zielonego pojęcia o sztuce” odniosłeś do charakteru Twej osoby, a nie Twej wiedzy odnośnie pewnej szczególnej dyscypliny - sztuki - zbyt zagmatwane to dla mnie, przyznaję; jak moje „tak” w odniesieniu przypuszczenia wysuniętego przez jednego z anonimów za „przechwałkę” miałeś - umysł mój tego nie ogarnia).

Oto więc wybór, dla potomności, Twych argumentów odnośnie mej krytyki i tekstu mego o pewnych ułomnościach współczesnego malarstwa:

„Argumenty na poziomie prl-owskiego, dzielnicowego komitetu do spraw jakości sztuki. Brakuje jeszcze zarzutu o "imperializmu".”

„Niewspółczesny zarzut epigoństwa, pojawiający się w każdej z epok, w kontekście każdego artysty. To dopiero jest epigoństwo w krytyce.” (tu wtrącę trzy grosze, z należnym szacunkiem rzecz oczywista: proponuję spojrzeć na tę frazę w kontekście faktycznego - Anie pożądanego przez Ciebie - sensu mojego tekstu - otóż pierwszym było wyszczególnienie nie tyle „oczywistości”, co niedostrzegania ich przez współczesną krytykę; przyznasz, że trudno byłoby sformułować taki zarzut bez wspomnianego wyszczególnienia).

„Etyka to nowa estetyka, czyż nie Towarzyszu? A tu tylko
imperialistyczna estetyka. Piękna retoryka - salonowe dekory jako zło. W kołchozach wszak nie ma dekorów.”

„A tutaj, Towarzyszu, dwa powyższe w jednym. Epigon imperialista.”

„Piękne te drzewka, słupki...signum temporis.”

„Jeśli chodzi o wychodzenie poza swój punkt widzenia, to przyznaję, że np. Sasnal z powodzeniem by się sprawdził np. w PRL jako twórca plakatów propagandowych, tego mu nie mogę ująć.”

„Jeśli mamy państwowy mecenat, to system ma bezpośredni i jednokładny wpływ na sztukę.”

„Możesz pozostawać w swoich artystowskich fantasmagoriach”

„Twoja krytyka sprowadza się do zrzędliwego klimaciarstwa, bezpiecznego, bo wskazującego tylko cudzych wybrańców.”

„Argumentację masz na poziomie dyletanta, a ostatecznym argumentem jest dla Ciebie kwestionowanie wiedzy dysputantów.”

„Nie porównuję siebie do Kisiela, lecz Ciebie do Urbana, żeby było jasne.”

„Będę bronił swojego imienia, przed Twoimi urbanowatymi wypowiedziami.”

„Twoja krytyka pyszałkowatości, nic poza tym.”

„Nie używaj internetu zatem, jeśli nie masz wykształcenia w tej dziedzinie, ok?”


KOŃCZĘ z należytym poważaniem. Było miło.


PS. Anonimie - starałem się być jak najbardziej elegancki i logiczny. Jeśli zniesmaczyłem - Pan/ Pani wybaczy. Może Pan to traktować jako żartobliwe przekomarzanie kolegów - z pewnością zna Pan/ Pani to z autopsji. Oddzielmy komentarze od postów, tu niech panuje wyższa temperatura (szczególnie w zderzeniu z tak wytrawnym dyskutantem jak Foka). Pozdrawiam.

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Krytykancie Kubo,
Przed dyskusja pojawił się taki post o malarstwie, o Sasnalu, Tapies i Tarasewiczu...........

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Tak....
Chyba przyznam teraz rację Przemkowi, bo trudno mi doprawdy odpierać takie argumenty (trudno technicznie - zbyt dużo by pisać; staram się, by to wychodziło „miedzy wierszami”, konsekwentnie z kolejnych postów):

„Obrazy Sasnala (podobnie Bogackiej i reszty...........) to projekty plakatów wykonane zamiast przy pomocy komputera- farbą olejną lub akrylową na płótnie.”

„Sposób położenia farby jest chamski.”

„Na przestrzeni dziejów malarze wyczarowywali na takim czy innym podobraziu swoje światy, przy pomocy takiej czy innej farby. Wyczarowywali!”

Ja tego nie rozumiem, to znaczy rozumiem, ale jest to tak odległy sposób rozumowania, że doprawdy nie wiem od czego zacząć, by wykazać jak bardzo Pan się myli - na jak zasadniczych płaszczyznach i w jak szerokim zakresie... Proszę mnie dobrze zrozumieć, nie chce Pana „zbywać”, ale to jednak mnie przerasta...

Jak mówiłem, staram się jakoś tam tłumaczyć d l a c z e g o coś jest dobre - a co innego nie. Nie chcę wyjść na chamka, ale chyba nie mam cierpliwości, aby tłumaczyć wszystko „od wielkiego wybuchu”... Może jakiś dobrotliwy anonim się znajdzie...

Mimo wszystko polecam się na przyszłość i bez urazy. Może to, o co Pan pyta wyjdzie w komentarzach, w postach?

pozdrawiam

PS. Jak znajdę moment i opracuję jakąś skuteczną metodę - choć w to wątpię- aby jakoś wytłumaczyć rudymenty w kilku zdaniach, nie omieszkam tego zrobić.

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Panowie, panowie...

Nikomu juz nie imponuja dyplomy z historii sztuki. Mnie interesuje czy np. chirurg ktory mnie operuje ma dyplom, a nie czy ma dyplom krytyk sztuki w blogosferze czy krytyk tegoz krytyka.

Natomiast bezkrytycyzm Krytykanta wobec Sasnala bardzo mnie martwi (bo blog ogolnie mi sie podoba).

Sasnal jest nierowny - np. seria Girl Smoking jest b. dobra ale sporo jego obrazow jest juz duzo slabszych. Wszystkie, oczywiscie, dobrze sie sprzedaja, ale tu juz wchodzi w gre mechanizm rynkowy.

Trudno sie nie zgodzic z Krytykantem ze obowiazkiem krytyka sztuki (z dyplomem czy bez) jest KRYTYKOWAC, a nie opisywac.

Wtornosc i tanie efekciarstwo to dwa najwieksze grzechy wspolczesnego malarstwa w Polsce (i nie tylko) - i powinny byc wytykane.

czwartek, 18 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Dlaczego seria " girl smoking" jest dobra? Jeżeli nie ma czasu i chęci to prosze podać konkretne artykuły w pismach, necie............byle nie bazowac na powszechnej opinii.
Czy to do jasnej cholery jest az takie wielkie obnizenie wartosci tego bloga, ze nie chce pan pisac o rudymentach? Jezeli ceni Pan Sasnala i chce propagowac jego sztuke, to zdaje sie, ze powinien Pan czuć misję oświecania- dać parę slow chociaż, abym zalapal o co chodzi u Sasnala i w ogolniejszym horyzoncie. Abym zrozumial dlaczego moj sposob rozumowania jest bardzo odlegly od Panskiego. Dlaczego sie myle. Achh, pisze bez sensu chyba, bo pan po prostu nie chce sie znizac do mojego poziomu. No i dobrze: w koncu zaklopsuje sie pan w swoim wlasnym sosie (nowoczesnym). Czy tak trudno kłerwa napisac: "tarasewicz jest przedstawieniowy" lub " tarasewicz jest nieprzedstawieniowy"? tyle.

piątek, 19 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Ok, ze swojej "ignorancji" (miałem jednak nadzieje, że ni napisze Pan o "zniżaniu się do poziomu", ale trudno) tłumaczyłem się powyżej, więc Tarsewicz.

Zaczynał od przedstawieniowych (studia i '80) - choć juz wtedy b.syntetycznie ujmujących naturę - by przejść do abstrakcji, "obrazów wylewających się z ram" (choć nadal były to reminiscencje przyrody białostoczyzny: paski - przeorane pole, etc.).

zatem z jednej strony zawoalowane w abstrakcję przedstawienie (jeśli można tak to ująć), z drugiej czysty eksperyment.

Pozdr.

ps. Naprawdę Pana gesty (teksty) nie są wywrotowe; nie da się w sztuce wywrócić wartości krzycząc "proszę podać konkretne artykuły w pismach, necie.byle nie bazować na powszechnej opinii.". To tak jakby w czasach, kiedy panował kubizm, a szerokie rzesze społeczne jeszcze miały go za hucpę krzyczał Pan: "chcę dowodów! no udowodnijcie mi, że to dobre!".

Mogę powiedzieć Panu w tajemnicy, że im bardziej Pan ciska gromy, tym bardziej one celują w Pana, bo nikt poważny się nad nimi nie pochyli (to tak ja bym krzyczał: No udowodnijcie mi, że Mozart był wielki! GDZIE jest to napisane? Gdzie te artykuły?)

;-)

pozdrawiam

piątek, 19 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Fotografowie ulegają poezji życia codziennego, jako symbolowi walki z współczesnością. Medytują nad człowiekiem i człowieczeństwem w czasach trwałej utraty wartości.

piątek, 19 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Panie Kubo,

Dziekuję za Tarasewicza.Widzi Pan to tak samo jak Ja. I o to mi chodziło. Chciałem się po prostu dowiedzieć.
OK, przesadziłem z artykułami, ale trudno mi od Pana wyciągnąć za co Pan ceni malarstwo Sasnala.
Czy mam rozumieć, ze stawia Pan sztukę Sasnala na równi ze sztuką Mozarta?
Otóż jest MUZYKA Mozarta i nie potrzeba żadnych tekstów. Jest również sztuka Sasnala i teksty są mi potrzebne. Rozumiem, że jeżeli mówi do mnie muzyka Mozarta i obrazy Rembrandta i anioły Violi to jestem gościem o pewnym poziomie wrażliwości, inteligencji, wiedzy...
I obrazy Sasnala do mnie nie mówią. Coś mi tu nie gra. Próbuję się dowiedzieć, czy ze mną coś nie tak, czy może (co podejrzewam) Sasnal jest nie na poziomie.
Mam, nieodparte wrażenie, jakoby Pan nie był w Wiedniu i nie widział Velazqueza, nie był w Londynie i nie widział Rothki, nie był w Madrycie i nie widział Saury. Jeżeli tak jest w istocie, to nie dziwię się Pańskim odpowiedziom na moje posty.

Pozdrawiam

ps.
Poważnych ludzi zabrakło wraz ze śmiercią Kisiela i Herberta :(

piątek, 19 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Przepraszam,
poszlo dwa razy, niechcący.

piątek, 19 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Ciekawa konstrukcja - to, że Pan czegoś "nie czuje" oznacza, że nie jest to dobre. No bo przecież wybitne powinno na Pana "działać". Ojejku! Jest Pan probierzem dobrej sztuki!

Może dałby Pan się namówić na pogłębienie swej wiedzy odnośnie sztuki drugiej połowy XX w.? Odkryje Pan niesamowite pokłady nowych wrażliwości, które, jeśli nauczy się Pan je czytać, niechybnie wyzwolą tak pożądany przez Pana specyficzny dreszczyk.

Być może wówczas zacznie Pan również podejrzewać, że i do Rembrandta przydają się teksty.

serdeczne pozdrowienia

PS. Studiowałem HS i mal., więc jeździło się tu i tam ;-)

sobota, 20 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Ojejku, Pan przecież też jest probierzem dobrej sztuki. I Pan Foka i Inni Panowie i Panie też są.
"Może dałby Pan się namówić na pogłębienie swej wiedzy odnośnie sztuki drugiej połowy XX w.?"
Bardzo chętnie.Nad częścią praktyczną pracuję już od jakiegoś czasu w galeriach.Troszkę o tej sztuce rozmawiam. Jednak rzeczywiście mało czytałem. Proszę więc wyłuskać ze swojego księgozbioru odpowiednią pozycję i jeśli byłby Pan łaskaw mi ją pożyczyć, to chętnie się w tym celu spotkam.
Swoją drogą to ciekawe na jakiej podstawie ocenił Pan moj stan wiedzy o sztuce 2-giej pol. XXw.
Odnośnie studiowania; wyczuwam, że nie był Pan "tu i tam" a przynajmniej nie w miejscach o które pytalem.

sobota, 20 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Właśnie próbuję wytłumaczyć, ze "inni Panowie" nie są. Sztuka to nauka (to taki mój bon mot).

"Swoją drogą to ciekawe na jakiej podstawie ocenił Pan mój stan wiedzy o sztuce 2-giej pol. XXw. "

- a jednak zrobiłem to celnie, gdyż napisał Pan, że "Nad częścią praktyczną pracuję już od jakiegoś czasu"; ale to chyba logiczne - krytykuję Pana recepcję sztuki obecnej, a nie Donatella

"Proszę więc wyłuskać ze swojego księgozbioru odpowiednią pozycję i jeśli byłby Pan łaskaw mi ją pożyczyć, to chętnie się w tym celu spotkam."

- och, absolutnie nie, mój księgozbiór jest aż zanadto "rozpożyczony"! Zresztą o wiele większy ma np. biblioteka CSW, czy jakakolwiek inna.
Polecam na początek to:

https://www.phaidon.com/
book gallery>>art>themes and movement (całość)

i może to:

http://www.taschen.com/
art>>all titles>> Art of the 20th Century

oraz:

art>>all titles>> Art Now (1 i 2)

są też w Empikach

miłej lektury, pozdrawiam.

sobota, 20 stycznia, 2007  
Anonymous capetians said...

szanowny panie, w panskim interesie prosze wziac czasami do reki slownik frazeologiczny jezyka polskiego. pozdrawiam

niedziela, 21 stycznia, 2007  
Anonymous wojteknyc said...

"sztuka to nauka"

Pewnie dlatego Krytykant powoluje sie tak czesto na swoje HS i malarskie studia na tym blogu.

To naprawde niepotrzebne. Teksty Krytykanta mowia za siebie (sa kompetentne i odwazne); nikt nie pyta Steve'a Jobsa lub Billa Gates'a czy ukonczyli studia (nie).

Ale sztuka to nie nauka. Nauka jest czrno-biala; albo dowod matematyczny jest prawdziwy albo nie, albo formula chemiczna jest prawdziwa albo nie. No moze fizyka kwantowa nie jest czrno-biala...:-)

W sztuce, Cy Twombly jest wielkim artysta. To jest bardzo dyskusyjne. To taka moja teoria kwantowa sztuki.

Ale ma Krytykant racje tu: dobra edukacja w dziedzinie sztuki (czy nabyta na uniwersytecie czy w bibliotece) powinna byc podstawa oceniania sztuki. (no chyba ze ktos ma absolutnie dziki instynkt...)

pozdro z nyc.

niedziela, 21 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

capetians:

- dziękuję uniżenie, uwzględnię. pozdrawiam również

wojtek nyc

- tak, to prawda, można kłócić się o jednostki (ach, cóż by to była za akademicka dyskusja dzieląca włos na czworo! -> capetians: mam najgłębszą nadzieję, że taki związek frazeologiczny Pana/Panią zadowala)...
- ...jednak wydaje mi się, że nie można wykluczyć ze sztuki np. Pollocka bądź Picassa. Czyli sztuka jest nauką. :-) To są OBIEKTYWNE jakości artystyczne. Ale faktycznie, ci "mniejsi" (nie giganci) są pod dyskusję - choć karkołomną i nieskończoną ;-).

pozdrawiam nyc

niedziela, 21 stycznia, 2007  
Anonymous Kasia said...

Ze sztuka jest jak z modą, jak z haute couture. Trzeba mieć zmysł czasu "tu i teraz".

piątek, 26 stycznia, 2007  

Prześlij komentarz

<< Home