czwartek, stycznia 25, 2007

O rozterkach krytyka

Czy krytyka wystawy pokazywanej w nowo otwartej galerii to ex definitione krytyka tejże galerii (nawet jeśli na logikę tak nie jest)? Czy jest to - zważywszy emocjonalne zaangażowanie założycieli nie tyle w z mozołem konstruowany projekt, co w „pierwsze dziecko” - podcinanie skrzydeł? Czy w tym wypadku chowa się pierwsze prawo dotyczące oceny dzieł, a więc kierowanie się jakością, a nie rozmaitymi sentymentami? Co z traktowaniem artystów i czytelników jak potulne stadko, które nie oczekuje niczego więcej, jak tylko zreferowania postulatów artysty i garści frazesów? Innymi słowy - co z szacunkiem dla twórcy i odbiorcy? I dalej: czyż nie jest tak, że wystawa w nowo otwartej galerii jest poniekąd zwolniona z oceny? Jednak, czyż nie jest to dokładnie ta sama wystawa, którą byłaby w każdym innym miejscu (oczywiście, że tak)?

Aby uświadomić sobie rozterki krytyka w takiej właśnie sytuacji poczyńmy kilka założeń. Załóżmy po pierwsze, że wystawa wybrana na debiut galerii nie jest nawet „niezła”, ale po prostu słabiutka. Że nijak nie da jej się wybronić. Że artystka (załóżmy płeć żeńską) pokazała projekt nie dość, że nie nowy, to jeszcze wysoce przeciętny. Załóżmy dla utrudnienia, że inne projekty tej artystki były na wyższym, niż wybrany na inaugurację galerii poziomie. Załóżmy na koniec, że w tenże projekt inni krytycy wpompowali już hektolitry pogodnego bajania (założenie to wysoce prawdopodobne).

Jednym słowem, spróbujmy sobie wyobrazić, że pierwsza wystawa w nowo otwartej galerii to klasyczny przykład „sztuki deklaratywnej”. To ten typ twórczości, który opiera się na specyficznym szantażu: „Ja ci powiem dlaczego to zrobiłem, a ty widzu przyznaj mi rację - przecież to jest szczere. Mimo, że forma jest wtórna, to jednak wizualizuje ona to, co chciałem, to, co sobie wymyśliłem. Moja historia jest zajmująca, a ty widzu powinieneś się nią zachwycić i pochylić nad nią z wykluczeniem postawy krytycznej”.

Przyjmijmy zatem, że owa hipotetyczna artystka deklaruje, co następuje: Zrobiłam projekt o Rajdzie Paryż - Dakar, bo urzekła mnie malowniczość otulonej słońcem pustyni, poza tym ta beznadzieja - tu zawsze ktoś ginie (nie muszę wspominać o malowniczości tychże wypadków, poskręcanych wraków samochodów bezwładnie porozrzucanych na pomarańczowym monolicie pustyni, gdzie pokiereszowani kierowcy snują się niczym cienie). Do tego w sławetnym Rajdzie pokluczyli onegdaj (będzie ćwierć wieku temu) kierowcy z norweskiej ekipy. Wszyscy myśleli, że oto porwała ich Sahara, lecz z odnalezionych przez Beduinów zdjęć wynika, że po prostu woleli życie w oazie, niż norweskie suszone śledzie. Jest to wizja piękna i liryczna, do tego zakrapiana heroizmem i beznadziejną walką z nostalgią za zorzami polarnymi. Czyż w tym kontekście zagubieni rajdowcy nie przegrali (tęsknota), mimo iż wygrali (życie w bajkowej oazie)? Dochodzi do tego kontekst szerszy - czyż wybór rajdowców nie jest symbolem zmierzchu doby kolonizacji i początku ery globalnej turystyki (rajdowcy nie chcieli „podbijać” dzikich rejonów, a tylko miło spędzić w nich czas)?

Załóżmy, że tak powiada autorka, a za nią rozmaici egzegeci. To jednak nic jeszcze, to dopiero początek kaźni krytyka. Załóżmy bowiem, że powyższa, dla przykładu wymyślona historia, „duchowe” zaplecze pracy, okaże się mieć tak samo nieudany awers? Co, jeśli zaprezentowany na wystawie obiekt to niedzisiejszy muzealny artefakt, który nie może już „zrobić wrażenia”? Niech będzie to, przypuśćmy, wielki żółty stożek z filcu podany jako metafora przeistoczenia rajdowców z ludzi ambitnych i szlachetnie ze sobą rywalizujących w rozleniwionych nihilistów (kształt odnosi się pośrednio do rogu obfitości i jako taki jest symbolem Oazy, zaś kolor uosabia „złote” piaski pustyni). A co, jeśli owy żółty filcowy stożek jest nadto nawiązaniem do artysty, który jak żaden inny kojarzy się z Saharą, którego związki z Saharą są ikoną i symbolem, którego związki z tragizmem olbrzymiej pustyni to kanon historii sztuki? Co, jeśli jest to nawiązanie do tego właśnie niemieckiego artysty, który jako pilot Afrika Korps rozbił się nad Saharą i gdzie w stanie skrajnego wyczerpania znaleźli i uratowali go Beduini? Innymi słowy - co, jeśli jest to nawiązanie beznadziejnie oczywiste?

Co zatem, jeśli artefakt ów robi wrażenie tylko w zapewnieniach autorki, że je robi (powtórzonych następnie przez recenzentów, którzy zwykli oddawać twórcom niedźwiedzią przysługę)? Co ponadto, jeśli pokazane na wystawie obrazy są plastycznie wtórne, a „nastrojowe” jak wyżej - zaledwie w zapewnieniach autorki? Cóż na dodatek, jeśli film przedstawiający leniwą, osnutą fotografowanymi w zwolnionym tempie burzami piaskowymi Saharę jest przykładem najbardziej typowego „ukazania poetyckości pustej, rozległej przestrzeni”. Cóż, jeśli obok filmu stoją zapewnienia, iż ma on wprawić widza w „stan kontemplacji”? Załóżmy na dodatek, że artystka użyła filmowej sztampy umyślnie - wówczas byłoby to jednak tylko kolejne „świadome zacytowanie kliszy”. Jakby tego wszystkiego było mało, co, jeśli nasza hipotetyczna artystka wyryła w ścianie galerii mapę klimatyczną Sahary, dodając tym samym kolejną kropkę nad to wyświechtane „i”? Co zatem - po prostu - jeśli wystawa dobrana na inaugurację galerii przedstawia typową „sztuką deklaratywną”, słaby projekt, którego podniosła werbalizacja ma usprawiedliwić nieudaną realizację?

To wszystko są potencjalne, na prędce wymyślone pułapki czyhające na krytyka w nowo otwartej galerii, to wszystko może zaistnieć w każdym momencie (nie musi, ale niestety może). Mając w pamięci powyższe zastanówmy się więc, czy krytyk może wyjść z takiej sytuacji obronną ręką, czy może jest to dla krytyka konflikt tragiczny. Jeśli skrytykuje - narazi się z pewnością nowym graczom na nie tak przecież tłocznym artystycznym firmamencie. Nie ma w tym starciu wielkich szans - galerzysta uzna krytykę wystawionych w nowo otwartym miejscu dzieł za krytykę jego długoletniego zaangażowania, za krytykę jego pracy, może nawet za owej pracy brak poszanowania. Zapewne zeźli się i obrazi, za niepisane prawo mając wykluczenie z obszaru krytyki pierwszej zorganizowanej przezeń wystawy (bo takie między innymi prawo panuje w kraju, gdzie krytycy rozleniwili nie tylko siebie, ale także widzów, artystów i kuratorów). To będzie odebrane jednoznacznie jako krytyka negatywna, brzydka, brudna, niepotrzebna, jątrząca. Jeśli jednak krytyk chce być szczery, jeśli uważa nadto, że w jego fachu najwięcej złego robi obła, neutralna, unikająca konfrontacji recenzja słabej wystawy - musi napisać prawdę i przegrać. Jeśli uważa, że krytyka złej wystawy więcej znaczy dla artysty, niż pochwała dobrej - musi przegrać, bowiem emocje związane z otwieraniem nowej galerii biorą górę nad logiką (wyobraźmy sobie, że galeria była odwiecznym marzeniem założycieli, w tej sytuacji krytyk jest z założenia spisany na straty, na wernisaż przyjść może tylko jako hipotetyczny afirmant).

Zatem w tej sytuacji jedynym rozwiązaniem jest dla krytyka powtarzać na okrągło, że krytyka wystawy nie jest krytyką nowego przedsięwzięcia, że nowe przedsięwzięcia są po stokroć potrzebne, że potrzebne są nowe galerie, że na inauguracji równie dobrze mogłaby być wystawa znakomita, a że była marna - no to trudno, ale w żadnym razie jej krytyka nie jest krytyką nowego przedsięwzięcia. Bo argumentu hartowania nowej galerii w styku z rzeczywistością nie ma co krytyk podnosić.

Warto więc o tym wszystkim pamiętać, gdyż nowe galerie niechybnie powstaną, powstaną zapewne również galerie, które na wystawy inauguracyjne wybiorą słabe projekty. Warto o tym pamiętać, bowiem szczęście świeżo upieczonego galerzysty może iść w parze z dramatycznymi rozterkami krytyka.

Etykiety: ,

43 Comments:

Anonymous Anonimowy said...

uśmiałam się :)) transparente

czwartek, 25 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Raczej do kuratorów jest zaadresowany ten post. To oni kształtują image artysty, galerii, i całej sceny. Oni też powinni mieć problem z rozterkami, bo to oni są odpowiedzialni. Zły kurator, tak jak i ślepy krytyk potrafi zepsuć dokonania dobrego artysty, oraz odwrotnie. To właśnie młodzi artyści zdesperowani brakiem wystaw lub w strachu przed zapomnieniem, kształtują jakość swojej sztuki przez godzenie się na partycypację nawet w najgorzej pomyślanych przedsięwzięciach. W efekcie zamiast pracować nad niezakłóconym rozwojem swojej sztuki, młody artysta myśli tylko o tym, w jaki sposób i poprzez jaki rodzaj ekspresji może on/a "załapać się" na kolejną wystawke (wystaweczkę). To naprawdę zniekształca!
Co do krytyków... Powinno oddzielić się pracę krytyka od galerii. Galeria jest tylko budynkiem, to nie przedsięwzięcie galeryjne powinno być krytykowane, ale specyficzny projekt kuratorski. Ja bym się nie martwił rozterkami i ciąłbym równo opisując wystawki o "Saharze" i PRLowskich budynkach tak jak na to zasługują. "Na poważnie i na ostro!"

czwartek, 25 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

a co z uwikłaniami kryrtyków w układy? Czesto jest tak że to kolega robi wystawę w galerii i "nie wypada" napisać zle ...

niedziela, 28 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

A1:

Dzięki dzięki, choć chyba nie dość (transparentny)...

A2:
Nie, ten post zaadresowany jest do krytyków - ma ich ośmielić. :-)
Choć chyba nie dość jest transparentny...

Co nie zmienia faktu, że źli kuratorzy istnieją... I słabi, niecierpliwi artyści łasi na byle zbiorówki takoż...

Co do galerii - no właśnie w przypadku debiutu (o tym jest ten post) wydaje mi się, że nie za bardzo da się jej (jako miejsca) "oddzielić" od właścicieli - kuratorów (rzecz dotyczy przecież prywaty), a na pewno jest to kłopotliwe... Ale po kilku wystawach to tak, rzecz jasna.

pozdr

A3:

Nie wiem, nie znam żadnego właściciela galerii i żadnego krytyka, więc nie mi ferować wyroki... Jednak, biorąc pod uwagę fakt, że człowiek jest istotą dalece ułomną, zaiste mogą zdarzyć się takie bezeceństwa...

niedziela, 28 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Zawsze jest coś... Nie trzeba nawet nikogo znać, żeby być stronniczym. No właśnie, pierwsza wystawa w galerii, ale i ładna artystka/przystojny artysta na przykład. :))

niedziela, 28 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Krytykancie,
ciekawe, ze podnosisz temat odwaznej i bezstronnej krytyki sam będąc uwikłany w środowiskowe układy np. MAMA i TATA na twojej stronie. Pewnie dlatego tak w ciemno wychwalasz projekty artystów związanych z tymi galeriami (np.Bodzianowski, przy poprzednim wątku)Tak to już jest, że jak coś dużo kosztuje, to nagle zaczyna nam sie podobać, no bo skoro tyle kosztuje, to przecież coś w tym musi być!więc staramy sie doszkać na siłę tych dobrych cech, tych bliżej niesprecyzowanych niuansów różniących kiczowaty i zły projekt od "dobrego" projektu Bodzianowskiego itd. jest to sytuacja żenująca, wskazująca na brak charakteru i własnego niezależnego sądu. Krytyka jest oczywiście fatalna, ale ty znajdujesz się tak samo w jej szeregach.

niedziela, 28 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Czy to znaczy, że działania Bodzianowskiego pozytywnie ocenić może
tylko ktoś pozbawiony charakteru i własnego niezależnego sądu? Ciekawe.

niedziela, 28 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Mama, Tata itd. Tutaj akurat widzę lekką ironię w nazewnictwie krytykanta. Linki dwóch najlepszych (uznanych za najlepsze z jakichś powodów) galerii, powinny się znaleźć. Pamiętam, że Krytykant raczej szorstko rozprawił się z niegdysiejszym faworytem Rastra - Przybylskim oraz tu i ówdzie skrytykował niedbalstwo zwązane z piłkarzykami i butelkami po piwie na ich wystawach. Małe pytanie do anonima. czy wiesz ILE kosztuje taki Bodzianowski? ;) "Wychwalanie" tego typu można znaleźć w blogu Art Bazaar, ale oni wcale nie ukrywają, że zainteresowani są rynkiem.

niedziela, 28 stycznia, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

A2:

Gratuluję interpretacyjnej brawury i żelaznej metody logicznej. Tak trzymać!

A3:

Zaiste, to ciekawe niezmiernie.

A4:

Muszę przyznać bez bicia, że to nie ironia. Ja naprawdę uważam, że to te dwie galerie najpełniej zdefiniowały (strategiami, artystami i ideami) kształt polskiej sztuki ostatnich kilku dobrych lat (niemal dekady). W tym sensie są rodzicami obecnego "artystycznego konsensu". ;-)

zresztą pisałem o tym zarówno w komentarzach, jak i postach.

Dzięki za czujność

pozdr

niedziela, 28 stycznia, 2007  
Anonymous ww said...

No tak, miało być krytycznie, a robi się sentymentalnie-łzawo. Jeszcze chwila i Krytykant przedstawi nam z drżeniem serca swoje wiersze z szuflady. O tacie i mamie oczywiście.

poniedziałek, 29 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Abecadło frustracji
Pozytywna opinia na temat FGF lub rastra = bycie uwikłanym w środowiskowe układy (warszawki);
Duża cena dzieła sztuki – efekt środowiskowych manipulacji. Z definicji dyskredytuje dzieło sztuki jako dotknięte ręką rynku.
Sytuacja żenująca – posiadania własnego zdania i publiczne jego przedstawianie;
Brak charakteru – brak krytyki rastra i FGF
Brak własnego niezależnego sadu – pozytywne wypowiedzi na temat artystów związanych z …(no już wiecie z kim).

poniedziałek, 29 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Jednym słowem. Jeśli odniesiesz sukces - JAKIKOLWIEK - jesteś skończony bracie! ;)

wtorek, 30 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

...i siostro...

wtorek, 30 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Trza być biednym i niedocenionym za życia. Ot co!

wtorek, 30 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Wprost przeciwnie, trzeba być bogatym i docenionym za życia, tylko wtedy można zasłużyć na uznanie "krytykanta" - konformisty:)Ci biedni i niedocenieni, a właściwie niemal wszyscy niezwiązani z FGF lub Rastrem nie zasługują przecież nawet na litość (krytyków):)

środa, 31 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

O już przestańcie się tak rozczulać nad sobą! Jeśli was razi świat sztuki, zróbcie coś z tym. Stwórzcie własne Rastry i Efgieefy. Zostańcie "krytykantami" nonkonformistami i wyrzućcie raz na zawsze te "sitwy i półświatki".

środa, 31 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

"Krytykantowi" można tylko doradzić, by strzegł się przyjaciół, takich jak autor powyższego postu (specjalista od psychoanalizy:)), bo z wrogami/polemistami, jak ufam, sam sobie poradzi.

środa, 31 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Wybacz, ale nie zrozumiałem. Dlaczego Krytykant ma się mnie strzec i dlaczego miałbym być jego przyjacielem? Jaki ma to związek z psychoanalizą i wrogami/polemistami oraz z grupą lamentujących powyżej internautów?

środa, 31 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Najpierw Ty mi wytłumacz, gdzie w moim poście znalazłeś "rozczulanie się nad sobą"; skąd Ci się wzięło, że "razi" mnie "świat sztuki" oraz "sitwy i półświatki"? Mniemam, że wywnioskowałeś to właśnie na podstawie psychoanalizy:) Dlatego też, póki nie zaczniesz pisać
"do rzeczy" uważam, że "krytykant" powninien się Ciebie strzec:)

środa, 31 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Najpierw Ty mi wytłumacz, gdzie w moim poście znalazłeś "rozczulanie się nad sobą"; skąd Ci się wzięło, że "razi" mnie "świat sztuki" oraz "sitwy i półświatki"? Mniemam, że wywnioskowałeś to właśnie na podstawie psychoanalizy:) Dlatego też, póki nie zaczniesz pisać
"do rzeczy" uważam, że "krytykant" powninien się Ciebie strzec:)

środa, 31 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Złote cytaty, które ośmieliłem się skrytykować to głównie: "podnosisz temat odwaznej i bezstronnej krytyki sam będąc uwikłany w środowiskowe układy", "Tak to już jest, że jak coś dużo kosztuje, to nagle zaczyna nam sie podobać". No i niestety post, w którym wcześniej nie zauważyłem uśmiechniętych buziek sarkazmu, zagubionych w nawiasach, dlatego odebrałem go dosłownie. A więc wybacz.

środa, 31 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Czy artysta jest doceniony za życia, czy nie to nie ma znaczenia, wazne jaka robi sztuke. Efgieefy i rastry są sitwą. Zmieniły podejście do sztuki w Polsce. Zmieniły spojrzenie na artyste. Skompromitowały tzw. "głębokie" malarstwo, wyśmiały postawy, które są cenne. Po prostu narobiły takich rzeczy, że jak sie ogląda wystawę w Zachęcie (zdominowaną m.in.przez te galerie), to tam po prostu nie ma co zbierać. Tam jest Nic. Pusto. Jakieś dramatyczne żarty na poziomie "Paris by night", niedorobione, belkot, przy zadnym obrazie nie chce sie zatrzymac dluzej. Kariera jest świetna, artyści powinni robić kariery, bo sie wtedy czują dowartościowani i to jest twórcze, ale przede wszystkim mają robić dobrą sztukę i mieć czyste artystyczne sumienie.A krytyka powinna takich artystów szukać, a nie pokazywać w kółko to samo, chwalić zawsze tch samych za to samo. Zero ryzyka, zero dystansu, wrażliwości, własnej oceny i zdrowego rozsądku. Tego brakuje krytyce. Amen.

środa, 31 stycznia, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Amen. Tyle, że zawsze będą tak zwani wytrwórcy smaczków, którzy "pomogą" nam zdecydować co jest dobre. W pewnym momencie jednak odbiorcy sztuki przejedzą się Rastrem i malowaniem blokowisk i obrazów z elementami tekstu. Ludzie dojdą do wniosku, że sztuka to nie tylko piwo, piłkarzyki i handel obrazami. Dlatego właśnie mówię: jeśli wydaje nam się, że coś jest nie tak, stwórzmy własne Rastry i Efgieefy, lub może właśnie trzymajmy się tej złotej myśli: "Czy artysta jest doceniony za życia, czy nie to nie ma znaczenia, wazne jaka robi sztuke."

czwartek, 01 lutego, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Aha, Jeszcze zapomnieałem zapytać, o co chodzi z tym "głębokim malarstwem". Mam nadzieję, że nie chodzi o pana Dudę G. ;)

czwartek, 01 lutego, 2007  
Anonymous pau said...

ciekawe, ze nikt nie podjal dyskusji o przedmiocie tekstu krytykanta tzn o wystawie w galerii czarna...czy wszystkim sie tak bardzo nie podobalo?

czwartek, 01 lutego, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

O, dziękuję Panu/Pani Pau, ja nie śmiałem przerwać...

czwartek, 01 lutego, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Efgieefy i rastry są sitwą. Zmieniły podejście do sztuki w Polsce. Zmieniły spojrzenie na artyste. Skompromitowały tzw. "głębokie" malarstwo, wyśmiały postawy, które są cenne.[etc]
Hmm. Piszesz o "głębokim", skompromitowanym malarstwie, samemu umieszczając ową "głębokość" w cudzysłowie, w dodatku opatrując ją klauzulą "tak zwane". No to jak z nią jest, tą głębokością? Na serio, czy już troszkę na wiarę?))

czwartek, 01 lutego, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

stwórzmy własne Rastry i Efgieefy, lub może właśnie trzymajmy się tej złotej myśli: "Czy artysta jest doceniony za życia, czy nie to nie ma znaczenia, wazne jaka robi sztuke."
Wszyscy wyczekujemy tej rewolucji moralnej. Byle znów nie skończyło się na dewocjonaliach.

czwartek, 01 lutego, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Drogi anonymousie. Jakże masz wspaniałe poczucie ironii i jak dogłębie potrafisz dosunąć sarkazmem! Czy wiesz jednak, co miałem na myśli, czy wiesz nawet co sam chcesz powiedzieć? Gdzie pisałem o "rewolucji moralnej", jakie "dewocjonalia"? Chodziło mi raczej o otworzenie okna, wyjście z tego poimprezowego kaca, jakim jest ten bezkrytyczny zachwyt popłuczynami po grupie Ładnie.
Kiedy widzę kolejne "odkrycia" tych samych "Sasnali" i "Maciejowskich", to już nie mam nawet siły udawać... Jedyne, co wtedy czuję, to zatęchły zapach pustej butelki po piwsku i smród nieopróżnionej od tygodni popielniczki.

czwartek, 01 lutego, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Cieplo / zimo, czyli ‘ nawiązanie beznadziejnie oczywiste’


Szkoda, Krytykancie, ze silisz sie na metafore ( o mechaniku samochodowym ) do historii, nie widzac, ze jest ona jedynie pretekstem, otwiera przestrzen uniwersalna, do ktorej widocznie nie masz dostepu.

Mnie sie wystawa podobala.

A ze slow Krytykanta odczytalem tylko kompleks krytyka i poczucie nizszosci w stosunku do artysty / tworcy. Uciekajac w niezdarne i malo zdecydowane opinie, potwierdzasz moje przeswiadczenie ze bedziej szczesliwym bedzie zly artysta niz dobry recenzent.

Szkoda, ze dyskusja poszla w kierunku ‘galerniczym’.

PS. Czy rozrozniasz zalozenia wystawy w prywatnej galerii od pokazu w centrum sztuki lub muzeum?

RR

piątek, 02 lutego, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

PPS. Bialy kokon tez mi sie nie podobal, ale wideo bardzo.

RR

piątek, 02 lutego, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Pozwolę sobie nie podjąć polemiki.

piątek, 02 lutego, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

"Krytykantowi" na jego rozterki można przypomnieć, że
"litość to kłamstwo", chyba również wobec galerników ...

piątek, 02 lutego, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Ależ jak mogę być litościwy (bądź nie) wobec hipotetycznej sytuacji?
Ten wpis ilustruje tylko nikłe ślady dobra, które we mnie pozostały, ale z którymi, obiecuję, niechybnie się rozprawię.

piątek, 02 lutego, 2007  
Anonymous pau said...

krytykancie chyba wystarczy tych zlosliwosci...tekst nie ma w sobie ani odrobiny dobra...mysle ze boli bardziej, niz otwarta krytyka...i mysle tez ze zdajesz sobie z tego sprawe

piątek, 02 lutego, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Przeciwnie - tak właśnie myślę.

pozdr

piątek, 02 lutego, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Krytykancie poszukaj artystów, nie bądź krok za Foksalem, nie wypisuj recept na dobrą czy złą sztukę, bądź pierwszy, odkryj jakieś zjawisko, nie daj przykleić sobie naklejki Foksal i spółka, bądź krytyczny ( bezkompromisowy nawet do uznanych artystów). Szukaj nowych postaw, bo to, że "Malarstwo polskie XXI" to dno, wiadomo, to, że rządzi koniunkturalizm wiadomo, że Foksal i Raster wystawił nawet swoją trzecią reprezentację, wiadomo, że to nie jest sztuka XXI w., wiadomo. Napisz co maluje artysta w Kozłówce Małej, bo tego nie wiadomo, a może to jest warte uwagi. Osobiście mi się tam podobał tylko obraz Tarasina( może jeszcze postać Sasnala, ale on dopiero jest koniunkturalny). Pozdro

piątek, 02 lutego, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Kiedy widzę kolejne "odkrycia" tych samych "Sasnali" i "Maciejowskich", to już nie mam nawet siły udawać... Jedyne, co wtedy czuję, to zatęchły zapach pustej butelki po piwsku i smród nieopróżnionej od tygodni popielniczki.
Cóż.. wypada zmienić używki.) A że setny (tysięczny? internet..) pamflet na Sasnala nasuwa skojarzenia z dewocją - kulturalną, nie religijną - nie poradzę, przepraszam. Bez urazy.

sobota, 03 lutego, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

"Dewocją kulturalną"? Jeśli dewocją, to co jest moim przedmiotem kultu? Rozjaśnij proszę, bo mglista jest ta metafora. Nie piszę pamfletu na Sasnala, bo go lubię. Krytykuję jego rozpaczliwych naśladowców i ich przyklaskiwaczy. Nazwij to jak chcesz, ale ja się nie dam tak łatwo nabrać na taniochę.

sobota, 03 lutego, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Miałem raczej na myśli ten dziwny trend, polegający na obrażaniu się na wszelkich "młodych, zdolnych, z karierą", gdzie daje się upust swojej żółci pod pozorem troski o dobro Sztuki. Masz rację, termin "dewocja" rzeczywiście trochę nieszczęsny; cytując za jednym z mistrzów pióra, bardziej na miejscu byłoby - "katecheci i frustraci".) Osobiście średnio przepadam za Ładnie, ale nie uważam, żeby np. dawało mi to podstawy do publicznego nazywania ich twórczości grafomańską, bo taką nie jest (setki obelg pod ich adresem pojawiające się na artblogach i nie tylko). W ten sposób odebrałem Twój pierwszy wpis -
Jakieś dramatyczne żarty na poziomie "Paris by night", niedorobione, belkot, przy zadnym obrazie nie chce sie zatrzymac dluzej[...] (ok, ustęp o karierze odebrałem jako ironiczny - błędnie). Ja nawet chętnie zgodziłbym się na zarzut spłycania malarstwa, pytanie tylko, czy to cokolwiek w nim zmieni,
czy może raczej ma mnie dowartościować (i ja rzuciłem kamieniem,.) Pozdrawiam.

sobota, 03 lutego, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Z całym szacunkiem Sasnal nie wymyślił malarstwa, nie każdemu musi się podobać, no chyba nie ma jeszcze przymusu, wolę Sapettę, Szamborskiego a z zagranicznych Luca Tuymans'a chocby za to, że byli pierwsi, za to widziałem świetne obrazy Neo Raucha, czy Weischera, są na stronie eigen + art.

sobota, 03 lutego, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Trochę się posty pomieszały i mi kolega przypisał nie moje myśli. No ale wszyscy są anonimowi i się myli...

sobota, 03 lutego, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Ładnie jest grafomańskie poprzez swoje uproszczenia i brak syntezy, Sasnal się od tego odciął w wywiadzie, mówi, że po tej grupie najprawdopodobnie pozostanie tylko pisemko.

niedziela, 04 lutego, 2007  

Prześlij komentarz

<< Home