środa, listopada 08, 2006

Z Przybylskim podróż donikąd

Od dawna nosiłem się z tekstem o malarstwie Igora Przybylskiego - no i nadarza się okazja. Wystawa w Zderzaku (Polski błękit) i recenzja Marcina Krasnego w Kulturze (Dziennik z dnia 3 listopada, strona 91). Dwa oszołamiające wydarzenia - artystyczne i dziennikarskie. Ale po kolei.

Nigdy nie rozumiałem twórczości Przybylskiego - to znaczy rozumiałem ją aż nadto, za to nie mogłem pojąć, dlaczego lokuje się ją w głównym nurcie polskiej sztuki współczesnej. Zacznijmy od konstruktu intelektualnego - opiera się on grubsza na tym, że świat kolei i dworców jest dla Igora Przybylskiego magiczny. Przyczynek do twórczości zaiste imponujący - jedni lubią zachody słońca, inni kochają niezwykły czar uliczek w małych miasteczkach - a Igor Przybylski wzdycha do dworców i ciuchci. A krytyk? Krytyk podąża tropem wyznaczonym przez artystę. Cały urok jego malarstwa polega na tym, że jest ono absolutnie bezpretensjonalne - pisze Krasny. Otóż malarstwo Przybylskiego jest pretensjonalne bezgranicznie - ma pretensje do bycia sztuką, podczas gdy powinno być tylko skrywanym skrzętnie fikuśnym hobby.

Niektórzy starają się szukać czegoś niezwykłego, choćby na Wyspach Kanaryjskich, a nie dostrzegają, co ciekawego znajduje się obok nich. Nie - to nie scenariusz do Klanu, tylko mowa artysty o dziele jego. Każdy ma swoją pasję, jeden zbiera motyle, inny woli spotkania przy alkoholu, a ja lubię wypady na dworzec, podróże pociągami i starymi, rozpadającymi się autobusami - kontynuuje ckliwe bajanie Przybylski, a mnie ogarnia wzruszenie nad kruchością świata tego.

Metafizyka i złote myśli na poziomie Paulo Coelho i Williama Whartona urastają do rozmiaru duchowej głębi i skomplikowanego namysłu nad uciekającym po zardzewiałych szynach modernizmem (Jego obrazy przypominają konstruktywistyczne kompozycje oparte na precyzyjnych matematycznych wyliczeniach, przywołują zachwyt techniką i inżynierią rodem z pierwszej awangardy). Naprawdę gratuluję Marcinowi Krasnemu, że potrafił wypełnić ćwierć strony tak doskonale bezproduktywnym, jałowym tekstem - godna podziwu ekwilibrystyka. Dodałbym do antenatów Przybylskiego artystów antyku i renesansu - toż to ta sama proporcja i matematyczna doskonałość. Ileż razy można powtarzać frazes, że wszelkie modzelarstwo (rozliczni epigoni Modzelewskiego) to malarstwo ezoteryczne, sprowadzone do form czystych, podstawowych podziałów, kształtów nieomal abstrakcyjnych - właściwie metamalarstwo.

Zatem ciuchcie. Równie dobrze mogłyby być i statki parowe (te to mają urok), wozy drabiniaste, nadmorskie promenady, stare zamki, i ekstra magiczne volkswageny garbusy. Och, wszystko ma swoją czarodziejską historię! Zależność między indywidualnością a masowością stanowi trzon moich artystycznych rozważań - twierdzi Przybylski. Tylko co z tego trzonu wynika? Ano nie wynika nic - poza coraz to kolejnymi, archaicznymi obrazkami wtórnymi nie tyle w stosunku do prac Jarosława Modzelewskiego, co do prac studentów z Jarosława Modzelewskiego pracowni, w której Przybylski jest asystentem. To jest dopiero czarodziejstwo jakieś, że identyczne z twórczością znanego malarza malarstwo uchodzi za intrygujące. Marcin Krasny, poważny krytyk piszący w poważnych tytułach: Jego prace są niezwykle wysmakowane, niekiedy graniczą z abstrakcją, choć zawsze po dłuższym wpatrywaniu się można na nich dostrzec fragment zwyczajnej rzeczywistości. A konkretnie po jak długim? 15 minut? Godzinka? Dwie? I jaki fragment zwyczajnej rzeczywistości? Znaczny? Czy rąbek jeno? No i zwyczajna rzeczywistość - cóż to za twór? Za oknami jest rzeczywistość nadzwyczajna?

Co będzie następne? Drezyny, podkłady kolejowe, wagon restauracyjny Wars? Czy one również są niesamowite? Ależ tam też kryje się duch naszych czasów, owo zderzenie minionego z obecnym. Po Warsie przechadza się znudzony kelner i nic to, że patrzy spode łba - na pewno ma w zanadrzu magiczne historie. Nic, tylko usiąść i posłuchać, spoglądając na przesuwający się za oknami obraz. Tylko co to ma do - przepraszam za wyrażenie - sztuki? Obsesje, choćby i urocze, nie gwarantują niestety artystycznej jakości. Nie dajmy się nabrać, że całkowicie wyświechtane, niedzisiejsze, wyeksploatowane do cna malarstwo Przybylskiego to jakby utrwalony na kliszy przemijający czas. Dlaczego Przybylski zachwyca, skoro nie zachwyca? Ponieważ krytycy posnęli ululani terkotem toczącego się pociągu i nikt nie śmiał przerwać ich drzemki. Bez obaw, nie powariowaliście. Modzelarstwo Igora Przybylskiego naprawdę nie zachwyca - nudzi raczej.

Na fotografii Chojnice, akryl na płótnie, 40 x 60 cm, 2006.

Etykiety:

48 Comments:

Anonymous Anonimowy said...

bezlitosssssssssssnie

środa, 08 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

moim zdaniem to dobre malarstwo jest, a krytyka krytyka banalna raczej.

czwartek, 09 listopada, 2006  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

rozumiem... ale nie przekonał/a mnie Pan/Pani swoimi argumentami...

czwartek, 09 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Według mnie jest to pewien rodzaj rastrowskiej szkoły malowania. Lekkie, osadzone w rzeczywistości, proste, możliwie z informacją tekstową (CHOJNICE). Jest to malarstwo oszczędne w środkach, chociaż powiedziałbym, że jest dalekie od dennego. Przybylski tworzy także serie fotograficzne, które mnie bardziej POCIĄG-ają, chociaż powodem tego POCIĄG-ania może być raczej odświeżająca zmiana "maniery" tworzenia. Popatrzmy teraz na malarstwo Wróblewskiego, czy Morandiego: lekkie, osadzone w rzeczywistości, proste, ale jednak.... no właśnie...

czwartek, 09 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

ten anonymous powyższy, był innym od pierwszego. Żeby nie było, że to poprzedni odpowiada...

czwartek, 09 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Jakis ten tekst bardzo emocjonalny, ma pan jakies osobiste pretensje do autora obrazow?

czwartek, 09 listopada, 2006  
Anonymous wojtek ś. said...

brawo tekst!
w dodatku igorowi p. już nawet jaja się nie chce ucierać tak jak modzelewskiemu i jedzie akrylem..

czwartek, 09 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Widać to ja zwariowałem, mnie zachwyca, od kilku lat.
historyk sztuki.

czwartek, 09 listopada, 2006  
Anonymous wojtek ś. said...

przypuszczam, że autorami wypowiedzi anonimów są czytelnicy coelho i whartona..

czwartek, 09 listopada, 2006  
Anonymous tym said...

krytyka moze banalna (czyt. prosta) ale jaką inną krytykę można tu zastosować? a malarstwo niedobre.... bardzo niedobre. Co tu może zachwycać?

czwartek, 09 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

wpadam tu poraz drugi, znowu fajowa długaśna tyrada, ale zaczyna mi sie podobać!tyle miernot wypływa i reszta miernot wypływa na wypływających że czuję satysfakcję. a z przybylskim to świetna historia bo ja ostatnio siedząc w zupełnie innych tematach nie załapałam że to scheda po modzelu. tak rzucalam okiem i się dziwiłam co to jest takie zupełnie nieciekawe. i zaraz sie dziwić przestawałam bo nuda w sztuce polskiej przestała mnie zajmować jako sprawa oczywista. dopiero te cytaty z krasnego przytoczone zapaliły mi lampkę. znam te teksty, tożto wszystko było juz w recenzjach o modzelewskim! te same sformułowania i złote myśli. no i czy nie kochany ten nasz światek zatęchły?przecież każdy wie że tutaj to się lubi piosenki już kiedyś słyszane!

czwartek, 09 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Tekst jest ostry, nie zostawia suchej nitki na Igorze. Z "krytykantem" jest tak, że po przeczytaniu jego tekstów, trudno się nie zgadzic z tym co napisał. I rzeczywiście tym razem też tak jest. Z drugiej strony, lubiłem to, co Igor robi (najsłabiej znam malarstwo)i uważałem, to za spoczko rzeczy. A po tym tekście już nie mogę tak myślec. Albo jest tak, że rzeczywiście krytyka śpi (i nasz zdrowy rozsądek) i potrzebny jest ktoś taki jak "krytykant", który po prostu nie spał na wykładach w szkole i ma wiedzę (i inteligencje), która pozwala mu to wszystko weryfikowac: jedzie ostro bez zadnego oglądania się na innych. Albo ma pop prostu jakiś niesamowity dar wpływania na innych, sugestywnego wyrażania myśli, w skrócie jest doskonałym retorem li tylko. Może(pewnie) jedno i drugie? Zastanawiające. Któras z rzędu przeczytana krytyka nie robi na mnie juz takiego wrażenia jak te pierwszew kwestii formalnej, języka, itp. Zaczyna się troche powtarzac w tym jak jedzie po Krasnym.

piątek, 10 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

doskonalym retorem zapewne... czy tylko nie bede wnikal - mozna sie nie zgadzac a i tak czyta sie z przyjemnoscia;)

sobota, 11 listopada, 2006  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Dużo komentarzy. Odpowiadam zatem (chronologicznie):

1. Ale z dobrą intencją.

2. Moim zdaniem jest dokładnie na odwrót, ale może przekona mnie Pan/Pani jakimiś argumentami.

3. Moim zdaniem nie. To jest typowe modzelarstwo. Inna sprawa, że Raster b. ceni tę szkołę (ogólniej: szkołę Gruppy) - co doskonale widać na przykładzie archiwalnych tekstów w Internecie i pierwszych papierowych Rastrów. Więcej - propaguje ją, jako swego rodzaju praprzyczynę Ładnie (upraszczając). Tacy "duchowi ojcowie". Nic w tym złego - raczej całkowicie normalnego i oczywistego. Co nie zmienia faktu, że Przybylski jest malarzem całkowicie wtórnym, letnim, a przez krytyków z uporem pompowanym tanią metafizyką.

4. Nie rozumiem, dlaczego wiąże Pan/Pani emocjonalność (rzekomą) mojego tekstu z (rzekomymi) "osobistymi pretensjami do autora obrazów" - dziwny konstrukt. Wybaczy Pan/Pani, ale nie będę odpowiadał na takie zarzuty.

5. Wojtek - dokładnie.

6. Historyku Sztuki - tym argumentem Pan mnie pokonał. Skoro Historyka Sztuki (wartość nadrzędna) zachwyca - wycofuję niniejszym wszystko, co napisałem. Przybylski zachwyca - na co mamy certyfikat Historyka Sztuki.

7. "Te same sformułowania i złote myśli (co o malarstwie Modzelewskiego)". Zgadza się - te same puste wytrychy słowne, za którymi nie stoi żaden namysł, zaduma, refleksja - a tylko intelektualne lenistwo. W odniesieniu do Modzelewskiego - prekursora - było to zasadne. W przypadku jego studentów i asystenta - niezbyt.

8. "Tekst jest ostry, nie zostawia suchej nitki na Igorze." - a dokładnie na Igorze Przybylskim. Poza tym - dzięki za ciepłe słowo (choć nie bezpośrednie). Po prostu w takich wypadkach lepiej napisać nośny felieton (pamflet), niż dogłębną analizę - o czym napiszę w następnym poście zainspirowanym m.in. Pańskim wpisem. Co do tego, że kolejna krytyka nie robi wrażenia - postaram się, żeby jednak robiła. Co do Krasnego - nie powtarzam się, zapewniam. Krytykuję teksty Osób Co Tydzień Piszących Do Dużych Gazet. Nazwiska mnie nie interesują. Naprawdę. Mogę zapewnić, że na wykładach nie spałem, a retorem jestem znakomitym - też tak uważam. Dwa w jednym.

9. Dzięki i odsyłam do stricte merytorycznych tekstów w archiwum i poniżej. Polecam odróżniać gatunki (to też do Pana powyżej).

Dzięki za odzew.
Pozdrawiam.

sobota, 11 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Rastrowy także w tym sensie, że promowany przez RASTRA. Chociażby w pazdzierniku na biennale Crazy Curators w Bratysławie, gdzie polskim kuratorem byl Łukasz Gorczyca, a prezentowanym polskim artystą I. Przybylski.

sobota, 11 listopada, 2006  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Tak, ma Pan/Pani rację.
W ogóle fascynacja Rastra modzelarstwem I.P. to dla mnie był koniec dzieciństwa. ;)

Odnoszę wrażenie, że jeszcze 6 - 7 lat temu tego typu estetykę (wtórną, niedzisiejszą - także wówczas) i retorykę (ckliwe, szczere "od serca" pseudo metafizyczne bajanie) roznieśliby Ł.G. I M.K. na strzępy.

Bardzo jednak możliwe, że się mylę. Tak czy inaczej "performance" IP w Rastrze był dla mnie wstrząsem. ;) Znowu kompletna mielizna podbudowana doniosłymi słowami - tu chyba o "pustce", "przmijaniu" i "nieobecności".

http://www.przybylski.republika.pl/zdarzenia/et22-550/550d.htm

Może tu chodzi o jakiś szczególny sentyment...

Ja nawet rozumiem, że I.P. bardzo chce wyrazić sie plastycznie, jednak za nic nie umie znaleźć dla tych jego mysli formy... Pomijając co to za myśli...

sobota, 11 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Wcale nie bylo tak zle w pazdzierniku w Bratysławie. Przybylski nawet chyba nie pokazał obrazów, lecz wideo. Jest artykul z imprezy (po slowacku... niestety, ale mozna co nieco wyłapać.
http://kultura.sme.sk/c/2963739/Polska-invazia-v-galerii-Space.html)

niedziela, 12 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Według mnie nieuzasadniona jest trochę teza, która jest kluczowa dla całego tekstu ("twórczośc Igora Przybylskiego lokuje się w głównym nurcie polskiej sztuki współczesnej"). Nie przypominam sobie żeby Igor miał jakąś indywidualną wystawie w CSW czy Zachęcie (chocby albo np. Mały Salon), nawet jakąs więcej znacząca zbiorówkę (np. W Samym Centrum Uwagi - nie licząc udziału w Nowych Dokumentalistach - zbiorówce w zbiorówce), nie mówiąc już o międzynarodowym obiegu. Nie jest w stajni mega-opiniotwórczych Foksal ani Rastra (w ścisłym znaczeniu), co się przekłada m. in. na niefunkcjonowanie w zagranicznym rynku sztuki. Nie załapał się do żadnej edycji "Spojrzeń" Deutsche Bank. Dla mnie w głównym nurcie są tacy artyści jak Sasnal, Uklański, Azorro, Bodzianowski, Kuśmirowski, Bujnowski, Ołowska, Sosnowska, Wójcik. Według mnie to wciąż bardziej peryferie, względnie przedsionek. Al może się myle? pzdr. Kaps

poniedziałek, 13 listopada, 2006  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Co do Bratysławy - nie byłem, nie widziałem. Co do wideo z "Nowych Dokumentalistów" - całkowita pomyłka. Co do niby - konceptualnych instalacyjek z biletami - przemilczę.

Ale to jest też poniekąd odpowiedź dla Kapsa (Kapiego?). Oczywiście nie jest I.P. w mainstreamie międzynarodowym - źle się być może wyraziłem. Jednak jest akceptowalny, był na w.w. wystawie w CSW.

Poza tym Zakręt, Pokaz, Laboratorium CSW, Zderzak, a więc "polski nurt główny". Ale i tak nie to jest najważniejsze, a brak w odniesieniu do wykwitów I.P. krytyki - choćby cienia. Zapraszam do nastepnego postu, bo casus IP to tylko refleks większego problemu.

Co do Rastra - polecam komentarze i może to zdjęcie: ;)
http://www.przybylski.republika.pl/zdarzenia/
ETgoHome/ET22.htm

(jestem już zmęczony, nie wiem czy w ogóle składnie piszę).

Pozdrawiam

poniedziałek, 13 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Wybacz panie anonymous I ale czy receptą na sukces jest naprawdę:

1. Indywidualna wystawa w CSW czy Zachęcie (chocby albo np. Mały Salon),
2. Jakas więcej znacząca zbiorówka (np. W Samym Centrum Uwagii,
3. Udział w Nowych Dokumentalistach,
4. Bycie w międzynarodowym obiegu,
5. Być w stajni mega-opiniotwórczych Foksal i Rastra,
6. Załapanie się do edycji "Spojrzeń" Deutsche Bank,
?????????

Jakoś do tej pory myślałem, że kluczem jest tutaj tworzenie znakomitej sztuki, a nie bezmyślne "załapywanie się" i wchodzenie w tłusty kuratorski zadek wszelkimi możliwymi drogami.

poniedziałek, 13 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Jak to nie jest w stajni Rastra, zrobił z nimi kilka wystaw!

poniedziałek, 13 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Drogi Anonymusie, nie napisałem że udział w wyżej wymienionych instytucjach jest receptą na sukces, li tylko, że nie sądze iz IP to główny nurt polskiej sztuki współczesnej. Jesli są jakieś inne kryteria wejscia w mainstream sztuki jak zaproszenie do Zachęty czy CSW lub sukces za granicą, to chciałbym je poznac. Jak chcesz byc zawodowym piłkarzem i chcesz byc sławny to trafiasz do legii albo wisły, a potem np. do celticu lub MU. Nie ma innej drogi. Nie wiem czy się się dostatecznie jasno wyrażam?pzdr Kaps

poniedziałek, 13 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Albo inaczej: Co innego może byc miarą sukcesu dla piłkarza jeśli nie udział w drużynie narodowej? Narodowa Galeria Sztuki i Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski to reprezentacja narodowa. I nieważne czy o powałaniu decydują nieczyste układy między selekcjonerem i menadzerami piłkarzy chcących wypromowac swoich klientów. Kaps

poniedziałek, 13 listopada, 2006  
Anonymous lukasz gorczyca said...

w kwestii formalnej:
na crazy curators biennale w bratyslawie igor pokazywal projekcje zdjec autobusow ikarus. z faktu ze jestem polakiem i igor tez niekoniecznie musi wynikac, ze to ja go zaprosilem do udzialu w tej imprezie:) igora zaprosil slowacki kurator i organizator biennale juraj carny. ja zaprosilem paula tokarskyego vel piotra parde oraz richarda fajnora ze slowacji. co bynajmniej nie znaczy, ze sie tu odcinam od igora i jego dzialalnosci artystycznej. podrzucam tylko brakujace panstwu fakty - moze to ulatwi dyskusje, a moze ja skomplikuje, oby.
pozdr.

poniedziałek, 13 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Bardzo istotne sprostowanie. Nie konkludujmy tak pohopnie.

poniedziałek, 13 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

ups! Właźnie zaówarzyłem, rze mię się "C" nie wcisło w wyrasie "POCHOPNIE" Jusz siem poprawiam :))

wtorek, 14 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

treści przedstawione w 100% popieram!! "kolejowa" metafizyka faktycznie nie zachwyca. Takie maksymalne uproszczenie form wymaga chyba jakis ciekawszych komentarzy niż kolejowe dworce i semafory. Szczerze mowiac myslałam ze Przybylski pojdzie w innym kierunku.
zwoleniczka_krytykanta

wtorek, 14 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

"I nieważne czy o powałaniu decydują nieczyste układy między selekcjonerem i menadzerami piłkarzy chcących wypromowac swoich klientów"???
Jak to nieważne? Także: W jaki sposób sztuka jest jak kopanie nadmuchanego kawałka skóry? No może trochę jest... Szczególnie ta część o nadmuchiwaniu...
:/

wtorek, 14 listopada, 2006  
Anonymous afirmant said...

A propos idei pamfletu i ćwiczenia ostrego pióra na mainstreamowych artystach, to wolałbym przeczytać krytyczna analizę wystawy jakiegoś polskiego tuza. Choćby wystawy Sasnala w Sadie... Albo może wziąć na ząb początkującego, lecz już nieźle dopieszczonego pupila - np. Ziółkowskiego w Hauser. Panie Krytykancie nie chowajmy się za maminą (fundacyjną) spódnicą, tylko zaatakujmy nasze święte krowy - choćby trzódkę fundacyjną. A może ona cieszy się krytycznym immunitetem?

wtorek, 14 listopada, 2006  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

No to w końcu ktoś rozgrył, dlaczego w linkach stoi "mama" i "tata"...

FGF opłaca mnie sowicie - proszę pomysleć, ile oni zarabiają na tych Sasnalach wszystkich. Zresztą to od początku był spisek, że to akurat ich artyści się wybili - wszystko jedna wielka machinacja, a ja jestem jej kolejnym trybikiem. Dowodem choćby recenzja kilka postów niżej. Trafił Pan w sedno - FGF cieszy sie u mnie (i nie tylko, w całym masońskim art worldzie) "krytycznym immunitetem".

No i Raster ("tata'). Przyznam się od razu, bez bicia - ten post o Przybylskim to taka zasłona dymna. Raster zgodził się go poświęcić w zamian za przychylne recenzje. Oni po prostu kupują każdego, kto tylko sie pojawi - i stąd popularność ich podrzędnych artychów.

Ślę pozdrowienia dla Pana i Pańskiej niebywałej przenikliwości.

wtorek, 14 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Może by się ktoś wreszcie o P. Ołowskiej wypowiedział?

środa, 15 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

OD RAZU SIĘ PRZEDSTAWIĘ - IGOR PRZYBYLSKI. CO DO KRYTYKANTA - KAŻDY MA PRAWO DO SWOJEGO ZDANIA.
Z PEWNYMI RZECZAMI NIE MOGĘ SIĘ ZGODZIĆ:
1.NIE JESTEM ARTYSTĄ MAINSTREAMU.
2.NA PODSTAWIE JEDNEGO OBRAZU I KILKU SŁÓW W PRASOWYM ARTYKULE, WYRWANYCH Z KONTEKSTU NIE MOŻNA OCENIAĆ CZŁOWIEKA.
3.NIE MAM ŻADNYCH PRESTENSJI - NIE WIEM SKĄD AUTOR WYCIĄGA TAK DALEKO POSUNIĘTE WNIOSKI?
4. MOŻE AUTOR KONKRETNIE POWIE - CO MYŚLI MÓWIĄC O MODZELEWSZCZYŹNIE W MOICH PRACACH?
CZY TO CZYSTA ZŁOŚLIWOŚĆ STUDENTA LEONA TARASEWICZA?

środa, 15 listopada, 2006  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

OD RAZU SIĘ PRZEDSTAWIĘ - IGOR PRZYBYLSKI.

- Kuba Banasiak. Miło mi.

CO DO KRYTYKANTA - KAŻDY MA PRAWO DO SWOJEGO ZDANIA.

- Serdecznie dziękuję.

Z PEWNYMI RZECZAMI NIE MOGĘ SIĘ ZGODZIĆ:
1.NIE JESTEM ARTYSTĄ MAINSTREAMU.

- Ok, głębokiego undergroundu. Proszę jednak przejrzeć komentarze powyżej - jest tam kilka instytucji, które być może - kiedy wychynie Pan z podziemia - Pana zainteresują. Jako zwieńczenie kariery independent artist, rzecz oczywista.

2.NA PODSTAWIE JEDNEGO OBRAZU I KILKU SŁÓW W PRASOWYM ARTYKULE, WYRWANYCH Z KONTEKSTU NIE MOŻNA OCENIAĆ CZŁOWIEKA.

- Faktycznie - nie można. Co więcej - to karygodne. Proszę wskazać hultaja, który to uczynił, a publicznie go wychłoszczę.

3.NIE MAM ŻADNYCH PRESTENSJI - NIE WIEM SKĄD AUTOR WYCIĄGA TAK DALEKO POSUNIĘTE WNIOSKI?

- Proszę uważnie przeczytać. To opinia anonimowego komentatora, którą przytoczyłem w kolejnym poście jako przykład reakcji nazbyt emocjonalnej. Wie Pan, wycieczki osobiste to dla mnie poziom dna (głównie intelektualnego) - staram się takie wypowiedzi temperować.

4. MOŻE AUTOR KONKRETNIE POWIE - CO MYŚLI MÓWIĄC O MODZELEWSZCZYŹNIE W MOICH PRACACH?

- Oczywiście, choć formuła felietonu mnie z tego rozgrzesza. Ale dla Pana uczynię wyjątek. Więc: "modzelewszczyzna" (jak Pan to ujął) Pańskich prac jest "modzelewszczyzną" prac 90% studentów pracowni, w której jest Pan asystentem. Proszę odczytywać to literalnie - można by zamienić Pańskie obrazki z obrazkami losowo wybranego studenta IV - V roku - wszystkie były by równie ezoteryczne i tajemnicze, zwyczajne - a jednak nieco magiczne. Chociaż nie - Pana zdradziłyby ciuchcie. Kiedyś na ASP były „postkapy” (też pozwolę sobie na słowotwórstwo), dziś są „modzelki” (zwane również „hopperkami”) i inne fikuśne prądy. Czas płynie, jednak jedno się w tej szkole nie zmienia - ksero ciągle dobrze działa. Ale chyba nie odpowiedziałem Panu na pytanie (czy raczej nie odpowiedziałem na nie dosłownie). Więc jeszcze raz: klimat, forma, maniera, retoryka. Jak ktoś słusznie zauważył (w komentarzach) - recenzje dotyczące Pańskiego i Jarosława Modzelewskiego malarstwa są łudząco podobne. Tak, tak - to nie przypadek.

"CZY TO CZYSTA ZŁOŚLIWOŚĆ STUDENTA LEONA TARASEWICZA?"

- Chciałbym nie odpowiadać na tak prymitywną zaczepkę, ale nie mogę się powstrzymać.

A zatem:

Primo - czy istnieje związek pomiędzy treścią recenzji dotyczącej twórczości asystenta profesora Y, a faktem studiowania autora tejże recenzji u profesora X? Tylko ktoś o niesamowicie niesympatycznym (nazwijmy rzecz łagodnie) charakterze mógłby pomyśleć, że tak - istnieje. Ale Pana o to nie posądzam, wolę zakładać, że interlokutor jest człowiekiem szlachetnym i gardzi sprowadzaniem krytyki do wycieczek osobistych. Uznaje więc to za wywołane emocjami przejęzyczenie.

Secundo - jest Pan ewidentnie nieprzygotowany. Nie jestem studentem prof. Tarasewicza - choć nim byłem. Ale może Pan uznać, że to zemsta zza światów.

Tertio - kiedy studiowałem, nie dostrzegałem animozji pomiędzy pracowniami Modzelewskiego i Tarasewicza. Istnieją takowe? Uprzejmie proszę, niech Pan łaskawie wskaże, na czym polegają. Nasz wydział stoi złymi językami, szeptanymi pomówieniami i bezzasadnymi oskarżeniami. Od zawsze. Ale Pan, tego typu konstrukty? Każde zdanie w tym stylu to cegiełka dołożona do tej zgniłej atmosferki. Doprawdy, zaskakuje mnie Pan, Panie Igorze.

Quatro - artysta, który puka do drzwi krytyka z żalami to niewątpliwe nieszczęsny widok. To taka mała złośliwość (aczkolwiek nie studenta prof. Tarasewicza) - gwoli absolutnego wyjątku. Bez urazy.

Mam nadzieję, że wielkie litery to nie wyraz niemego krzyku. Ślę serdeczne pozdrowienia.

środa, 15 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

ups krytykant dał popis, przykro to czytać. Szkoda bo na początku istnienia bloga myslalam, ze rzeczywiscie nowa jakosc w polskiej krytyce sztuki sie pojawia.

środa, 15 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Chciałbym zaznaczyć, że artysta MA PRAWO bronić się przed krytyką, lub ją zwyczajnie naprostowywać w razie zniekształceń. Nie odbierajmy artystom głosu w sprawie tak istotnej jak, no cóż... ich własna twórczość.
Tekst krytykanta był ostry i w pewnym sensie trafny, lecz z drugiej strony z taką umiejętnością retoryki można rzeczywiście obrzydzić nawet dzieciom jedzenie cukierków lub cyrk, czy nawet ciuchcie. Pan Igor miał pełne prawo bronić się, nawet z zacięciem emocjonalnym i zrobiłbym na jego miejscu dokładnie to samo. No i co z tą włoszczyzną? :)

środa, 15 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

--------------------------------
- Faktycznie - nie można. Co więcej - to karygodne. Proszę wskazać hultaja, który to uczynił, a publicznie go wychłoszczę.
--------------------------

przepraszam zxa duże litery w poprzedniej wypowiedzi - to nie było celowe. w całym tekście tak naprawdę opiera sie Pan na jednej recenzji do popularnej gazety.
co do modzelewszczyzny - fakt,ze kończyłem w tej pracowni odciska się niewątpliwie na tym co robię. twierdzenie jednak że 90% ludzi po tej pracowni, do których niby i ja należę, maluje jak profesor - albo obnaża niewidzę autora albo ukazuje jego niezwykle szerokie pojmowanie modzelewszczyzny, w którym niemal każdy obraz mógłby się zmieścić.
co do Pana faktycznego stanu to ujmijmy to bardziej precyzyjnie - były student L. Tarasewicza.
Jesli złośliwie przez Pana uchwycona formuła modzelewszczyzny nie ma związku z Pana byłymi studiami to tym lepiej.i proszę nie robić ze mnie matacza, który tylko patrzy "co by tu jeszcze spieprzyć" w stosunkach na ASP - jestem chyba ostatnia osobą zdolną do tego.


--------------------------------
Quatro - artysta, który puka do drzwi krytyka z żalami to niewątpliwe nieszczęsny widok. To taka mała złośliwość (aczkolwiek nie studenta prof. Tarasewicza) - gwoli absolutnego wyjątku. Bez urazy.
--------------------------
bzdura. każdy ma prawo do obrony tego, na czym mu zależy, niezależnie od tego, czy to hydraulik czy artysta. a ja po prostu z tego korzystam. nieszczęsnym widokiem sa także artyści niezrealizowani.
Igor Pzybylski

środa, 15 listopada, 2006  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Drodzy Komentatorzy!
Chyba czas to zakończyć, bo jakoś smutno się robi.

Anonymous (Pani):

„ups krytykant dał popis, przykro to czytać.”

- Popis czego, jeśli można? Jeśli coś Panią uraziło - najmocniej przepraszam. Starałem się odpowiedzieć na konkretne zarzuty. Jeśli byłem nazbyt frywolny - raz jeszcze się kajam.

„Szkoda bo na początku istnienia bloga myślałam, ze rzeczywiście nowa jakość w polskiej krytyce sztuki sie pojawia.”

- Przykro mi, że Panią zawiodłem. Zapewniam, że blog w warstwie głównej nie zamieni się w - płomienne niechby - polemiki. Te tylko w komentarzach.

Anonymous (Pan):

„Chciałbym zaznaczyć, że artysta MA PRAWO bronić się przed krytyką”

- Oczywiście, ma Pan 100% racji, MA PRAWO.

„Nie odbierajmy artystom głosu w sprawie tak istotnej jak, no cóż... ich własna twórczość.”

- Nie odbierajmy.

„Tekst krytykanta był ostry i w pewnym sensie trafny, lecz z drugiej strony z taką umiejętnością retoryki można rzeczywiście obrzydzić nawet dzieciom jedzenie cukierków lub cyrk, czy nawet ciuchcie.”

- „Ostry” - może. „W pewnym sensie trafny” - tylko w pewnym? Co do retoryki - to zaraz zacznę się wstydzić, że pisanie przychodzi mi - nazwijmy to tak - względnie łatwo. Co do „obrzydzania” - nie takie było moje założenie, kiedy pisałem „Przybylskiego podróż...”, nie takie było, kiedy odpowiadałem na Jego personalne wycieczki. Może Pan wierzyć, albo nie, ale moim celem było i jest opisywanie sztuki oraz opisywanie jej opisywania - według mnie często niedobrego.

Igor Przybylski:

„w całym tekście tak naprawdę opiera sie Pan na jednej recenzji do popularnej gazety.”

- Oczywiście - nie. Tekst był tylko pretekstem. A że i tekst znamienny, i Pańskie obrazki to raczej nie przełom.. Proszę przeczytać... Zresztą, z czego ja się tłumaczę? Tak, to był wymierzony w Pana, zupełnie bezpodstawny, personalny atak, a Pańską twórczość znam jedynie z tej jednej reprodukcji zamieszczonej w „Dzienniku”. Proszę Pana - to był felieton/pamflet, a nie dogłębna analiza. Mimo wszystko wydaje mi się, że dość przejrzyście wyłożyłem swoje racje. Nie dajmy się zwariować.

„co do modzelewszczyzny”

- Ok, być może pojechałem za bardzo z tym 90%. Jeśli kogoś uraziłem - przepraszam (Paweł Dunal!). Z drugiej strony - dystans, Panie Igorze. Uczy Pan na ASP, więc wie Pan doskonale, że są w tej szkole pewne - nazwijmy je - „trendy” i nieprzemijające fenomeny. Jednym z nich jest to, że w pracowni Jarosława Modzelewskiego - uznanego malarza - jest tak dużo osób malujących podobnie, jak on. Myślę, że da się z tego stworzyć koherentną kategorię - Pan nie?

„co do Pana faktycznego stanu to ujmijmy to bardziej precyzyjnie - były student L. Tarasewicza.”

- No, toż napisałem.

„i proszę nie robić ze mnie matacza, który tylko patrzy "co by tu jeszcze spieprzyć" w stosunkach na ASP - jestem chyba ostatnia osobą zdolną do tego.”

- Proszę Pana, bądźmy dorośli. Ja nie robię z Pana „matacza” - sam Pan go z siebie robi. A ja tylko wykazałem, że w tej, bardzo konkretnej sytuacji (ASP, asystent, forum publiczne), łatwo napsuć krew. Zarzucam Panu jedynie to, co Pan napisał - i dodaję kontekst, bo nie egzystujemy przecież w próżni. Pańskie słowa więcej ważą, niż moje - jeśli idzie o wewnątrz akademickie klimaty.

„bzdura. każdy ma prawo do obrony tego, na czym mu zależy, niezależnie od tego, czy to hydraulik czy artysta”

- Oczywiście, ma Pan prawo. W pełni się zgadzam.

„nieszczęsnym widokiem są także artyści niezrealizowani.”

- Widzę, że powraca Pan do swojego ulubionej retoryki. Pomogę Panu - jestem sfrustrowanym, niespełnionym artychą - jak wszyscy krytycy, prawda? A szczególnie ci, którzy nie opierają swoich tekstów na Pańskich opowieściach o miłości do kolei (to nie przytyk, tylko fakt). Ponadto nienawidzę Pana, bo studiowałem u prof. Tarasewicza - oczywiście tylko dlatego, że nie było już miejsc u prof. Modzelewskiego. Z zawiścią spoglądałem na studentów kroczących dumnie na drugie piętro, podczas, gdy ja musiałem studiować w zatęchłej pracowni na pierwszym, obok dzieciarni z pierwszego roku. Żółć wzbierała, wrzód rósł, jad kipiał. W końcu - nie wytrzymałem! Zemsta będzie słodka, pomyślałem. Szczególnie irytuje mnie ten Igor, co on sobie w ogóle myśli, że ciuchcie będzie malował?! No i stało się - erupcja nienawiści niespełnionego (jak każdy krytyk) artysty miała miejsce w środę, 8 listopada.

Panie Igorze, czy takie konstrukcje naprawdę nie są ujmą dla Pańskiej inteligencji? A ja z największą ostrożnością napisałem przecież, że bez urazy, i że to mała złośliwostka, gwoli absolutnego wyjątku.
Ślę pokłony.

REASUMUJĄC

I tak oto polska specjalność (ad personam) po raz kolejny wzięła górę nad kwestiami merytorycznymi. Od komentarzy o instytucjach płynnie przeszliśmy do personaliów. Państwo sami ocenią, czy odpierałem zarzuty, czy wdawałem się w niepotrzebne połajanki. Czy napisałem choćby słowo zbliżone do wycieczki osobistej. I czy Pan Igor miał argumenty merytoryczne, czy też zgoła inne.
Zarzut Pana Igora jest de facto oskarżeniem krytyka o intelektualną korupcję, a więc oskarżeniem najostrzejszym z możliwych (powód napisania krytycznego tekstu? Niesnaski osobiste). Proszę więc wybaczyć ostry ton - jeśli takim się wydał (jednak starałem się ad meritum, choć z przymrużeniem oka).

Tak czy inaczej czas chyba na podsumowanie. Dobrze by było, gdyby znalazło się w nim miejsce na refleksję o twórczości (to o niej, przypominam, był tekst, który to wszystko zapoczątkował) Igora Przybylskiego.

Pozdrawiam.

środa, 15 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Jestem jednym z anonimów, którzy już tu byli.
Mam mały apelik do obu panów - Igora i Kuby:
Nie oglądajcie się panowie na siebie i wracajcie do pracy! Przez takie potyczki nasz kraj właśnie stoi w miejscu. Malarze przestają malować ciuchcie, zniechęcceni krytyką, a krytycy zamiast mierzyć się z następnymi fenomenami, muszą się tłumaczyć i wyjaśniać. W każdej pracy potrzebny jest dystans i to EGO trochę przytłumione. Ech...Polacy to gorący naród... :)
Zycze powodzenia i zabieram się do mojej, jak dotąd niezakłóconiej, pracy.

środa, 15 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Igor Przybylski - to juz ostatni raz ja - przynajmniej w tym wątku.
Pan troszke przesadził, Panie Kubo, ja też. moje pytanie było odpowiedzią na 90% modzelewszczyzny.wyjasnię raz jeszcze - nie mam w zwyczaju takiego segregowania, to pańskie specyficzne podejście zmusiło mnie do postawienia pytania o pracownię. kończę tę dyskusję ze świadomością, że ma Pan o mnie zdanie takie a nie inne i przyjmuję to do wiadomości.
Za głosem anonima biorę się do pracy.
pozdrawiam

środa, 15 listopada, 2006  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

No to zamykamy. I na koniec jeszcze jedno - wedłu mnie znamienne. Otóż Pan nie ma pojęcia jakiem mam zdanie o Panu, więcej - ja sam go nie mam. Powód jest prosty - nie znam Pana. Za to - i tu zgoda - wie Pan jakie mam zdanie O PAŃSKICH OBRAZACH. Do pracy więc.

Co do pracowni - będę obstawał, że to nie "specyficzne podejście", ale fakty. W dodatku rzecz jak najbardzioej naturalna. To oczywiste, że ma Pan inne spojrzenie - zna Pan studentów. Ja widzę tylko efekt końcowy. Konkluzja? Krytyk ma inne spojrzenie, niż nauczyciel, jednak owe spojrzenia nie wykluczają się. Zatem spojrzenie krytyka nie jest wyrazem złej woli (nie jest również "segregacją"), a jedynie innym punktem widzenia.

Zapraszam do dalszej lektury i pozdrawiam również.

środa, 15 listopada, 2006  
Anonymous afirmant said...

Mimo nawoływań do zakończenia dyskusji, pozwolę sobie wrócić do kwestii pamfletu. Szanowny Krytykańcie - najszlachetniejsze tradycje pamfletu związane są z tekstami krytykującymi figury topowe, lub - by tak rzec: cokołowe. Jeśli przywołuje Pan Irzykowskiego, to pamięta Pan zapewne, że "Beniaminek" dotyczył Boya, czyli niekwestionowanego autorytetu, który dzięki pamfletowi może zostać zakwestionowany. W tym kontekście flekowanie malarza, który takim autorytetem nie jest i na cokole na razie się nie znajduje, budzi duże wątpliwości.Dlatego apelowałem do Pana by zajął się Pan raczej "beniaminkami" polskiej sceny niż jej outsiderami. Pamflety wymierzone w postaci marginalne nie tworzą krytycznego fermentu, niczym nie grożą Krytykantowi i proszę darować - po prostu mogą okazać się nudne...
W swoim wczorajszym poście nie sugerowałem,że pozycja Foksów jest efektem jakiegoś spisku. Proszę wybaczyć, ale tego typu supozycje są nie uzasadnione i chyba cokolwiek zbyt nerwowe. Mam nadzieję, że w ogniu polemik wkrótce zahartuje Pan stalowe nerwy...

środa, 15 listopada, 2006  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Poruszył Pan wiele kwestii, długo by pisać. Postaram się streszczać.

1. Przywołałem Irzykowskiego, ale można by przywołać - po prostu - tradycję ostrego krytycznego pisarstwa (od felietonu do filipiki) międzywojnia, lat '60/'70, a z ostatnich - Rastra; tradycję, o której zapomniano - a szkoda. To dlatego - jak sądzę - mój tekst okazał się dla kilku osób "szokiem pozanawczym".

2. Wydaje mi się, że porównywanie plastyki i literatury jest nie do końca szczęśliwe (wiem, to ja zacząłem Irzykowskim, ale wyjaśnienie powyżej).

3. Igor Przybylski nie jest na cokole - jak np. Sasnal - ale na szeroko pojętym polskim podium - jak najbardziej tak. Zgadzam się z Panem, jednak wydaje mi się, że tu trzeba zacząć od rudymentów. Nazwać po imieniu to, co po imieniu nazywane nie jest (z rozmaitych powodów). Dlatego napisałem ostry felieton (co zaznaczałem), a nie pamflet senso stricte.

4. Zachęcam do lektury archiwum - znajdzie Pan tam krytykę i pod adresem Rastra i - na przykład - tekstu Stacha Szabłowskiego. Ale jak mówię - nie jesteśmy w złotych czasach XX - lecia, a w momencie, w którym głos mocniejszy, niż szept brany jest za walenie po mordzie (że nawiążę do niedawnego wydarzenia w Krakowie). Znowu - w literaturze jest o niebo lepiej, niż w plastyce, choć też jest (jesli idzie o krytykę "codzienną") kiepsko.

5. Co do Pańskiego poprzedniego postu. Moja odpowiedź to było właśnie ćwiczenie, które Pan mi zalecał. ;-) A poważnie - nie widzę powodów, by pisać źle o FGF. Jeden powód mi po prostu umknął (nie pisałem wtedy bloga) - chodzi o wystawę Ołowskiej. Ale to i tak wyjątek potwierdzający regułę, że jest FGF i długo, długo nic.
Jestem wyczulony na rytualną negację FGF i Rastra - nigdy nie spotkałem się bowiem z negacją zasadną, a tylko emocjonalnymi inwektywami.

6. Teraz Pan pisze tak: "W swoim wczorajszym poście nie sugerowałem,że pozycja Foksów jest efektem jakiegoś spisku. Proszę wybaczyć, ale tego typu supozycje są nie uzasadnione i chyba cokolwiek zbyt nerwowe".
Jednak wczoraj stało tak - "Panie Krytykancie nie chowajmy się za maminą (fundacyjną) spódnicą, tylko zaatakujmy nasze święte krowy - choćby trzódkę fundacyjną. A może ona cieszy się krytycznym immunitetem?".
Więc i ja pozwoliłem sobie - Pan wybaczy - na żartobliwy ton. :-) No i patrz punkt 5.

7. Proponuje Pan recenzje wystaw Sasnala w Sadie i Ziółkowskiego w Hauser. Z przyjemnością, jednak nie wybieram się chwilowo do Londynnu. :-)

Pozdrawiam i dzięki za opnię.

środa, 15 listopada, 2006  
Anonymous afirmant said...

Jeszcze na marginesie całej dyskusji:

Ktoś prosił, by wypowiedzieć się na temat Ołowskiej. W jednym z ostatnich Parketów (może nawet ostatnim) jest duży materiał poświęcony Lucy McKenzie. W kontekście "Novej Popularnej" nasza rodzima starletka figuruje tam jako "Paula OLAWSKA". Kurczę, jeśli redaktorzy tak opiniotwórczego periodyku nie potrafią poprawnie wydrukować nazwiska naszej artystki, to rodzi się bolesne pytanie - znana czy nieznana, doceniana, czy niedoceniana?:)
To, co piszę jest oczywiście nieco złośliwe i od razu biję się w piersi - ale myślę, że mamy tu do czynienia zinteresującym problemem. Czy przypadkiem poetyka, którą ekspolatuje Paulina OŁOWSKA nie jest jednak nieco wtórna w stosunku do jej bardziej znanej szkockiej przyjaciółki. A zatem postawmy prowokacyjnee pytanie, czy Paulina przypadkiem nie jest tylko polską Lucy (to nastąpi szereg "pamfletowych" złośliwości) - niby ładniejszą, ale pozbawioną wdzięku i kreatywności McKenzie?

Jeśli chodzi o kwestie tzw. "rytualnej" negacji FGF, to ja się z taką negacją spotkałem jedynie w kuluarowych rozmowach prywatnych. Nie o tym jednak mówimy - chodzi o teksty krytyczne drukowane w "branżowych" pismach, albo w tzw. prasie. Zaryzykowałbym twierdzenie, że tu mamy do czynienia raczej z rytualną afirmacją.Wystarczy przywpomnieć artykułt Jareckiej w "Wyborczej" - choćny tekst "Moda Polska". Zero merytorycznych argumentów, czemu Sasnal et consortes są tacy dobrzy - w zamian za to fetyszystyczna mantra o zwyżkujących cenach obrazów. A przecież ta sama Dorota Jarecka jeszcze parę lat wcześniej - a propos wystawy "Popelita" - krytykowała ładnowców za powierzchowność, pustkę i banał. Co zatem się zmieniło?
A teraz krótko - jeśłi krytykować bardziej konkretnie, a nie tylko rzucać obelgami, to myślę, że warto byłoby poruszyć choćby kwestię tzw. "punkowości" Sasnala. O ile pamiętam, to w tekście kuratorskim dotyczącym sasnalowej odsłony "W samym centrum", Ronduda przytoczył wypowiedź artysty, w której Sasnal określa sibie mianem "punka w wersji de luxe". No cóż... Zapytajmy, czy komercyjny pieszczoch może byc zarazem pankowcem (nawet jeśli to pank "luksusowy")? Ja czepiam się tej "pankowości" nie bez powodu - bo dotykamy tu problemu estetycznego serwilizmu i "łatwości" i intelektualnej płycizny tej "bezproblemowej" sztuki. Jeśli dobrze rozumiem - tzw. "punk" powinien być zadziorną i rogatą kreaturą, a nie elegancko przystrzyżonym salonowym pudlem. A więc - czy Sasnal jest rogaty (może wtedy, kiedy maluje "demoniczną" kozę - jak napisał Ronduda w recenzji "kilograma":) i zadziorny?
Czy jest także artystą politycznym (w domyśle "krytycznym" - zgodnie z definicją krytyczności Burgera, jak zdaje sie sugerować teskt na stronie Sadie Coles? Uff... Sory za ten nawał zawikłanych i rytualnie malkontenckich pytań, ale sądzę, że to najważniejsze w tej chwili pytania dotyczącej polskiej sztuki. Amen.

środa, 15 listopada, 2006  
Anonymous afirmant said...

kurwa, no i full literówek - wybaczcie

środa, 15 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

nie rozumiem nawoływań do zakończenia dyskusji w momencie gdy tak ciekawie się rozwija. od zamilknięcia forum obiegu nie było takiej ciekawej wymiany zdań i wcale nie aż tak personalnych przytyków, bo za tym jest jednak sporo merytorycznych rzeczy, więc dyskutujmy dalej! brawo krytykant, brawo przybylski!

środa, 15 listopada, 2006  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Przekonał mnie Pan. ;)

środa, 15 listopada, 2006  
Anonymous Anonimowy said...

Nie chciałem nawoływać do przerwania dyskusji, ale do ochłodzenia niezdrowego jej tonu i do jej "umerytorycznienia". Wygląda na to, że jest lepiej. Proszę kontynuować, lub nie... Wolny kraj... podobno...

czwartek, 16 listopada, 2006  
Blogger foka said...

Witam,

Ja mam tylko takie małe pytanko, niezależnie od merytorycznej dysputy. Pytanie do krytykowanego artysty - czy jest Pan może MK?

pozdrawiam zarówno Artystę jak i Krytyka,

czwartek, 23 listopada, 2006  

Prześlij komentarz

<< Home