piątek, września 21, 2007

Czarno to widzę

Wystawa Bartka Materki w Rastrze („Nie pamiętam jak miała na imię”) układa się w jedną sekwencję z majowym pokazem pt. „Kilkadziesiąt sekund źle wywołanej taśmy filmowej”. W obu wypadkach tematem jest percepcja wzrokowa, a konkretnie rozmaite jej defekty czy zaburzenia (choć warto dodać, że na „Kilkudziesięciu...” chodziło również o strukturę medium, moc wizerunków, manipulację obrazem, itp.).

Bartek Materka, Bez tytułu (Aśka), 2007, olej na płótnie, 60 x 80 cm

Przywołuję niedawną ekspozycję, by trochę ułatwić sobie zadanie. Obie - poza tematem - łączy bowiem to, że są ładnie opakowane, lecz przeciętne; zgrabnie zwerbalizowane, lecz mało treściwe. Unosi się nad nimi dobrze znany styl radical chic, który Raster wypracował, i którym zachwycił tak wielu. Dziś, przyznajmy, styl już nieco zwietrzały. Czasy się zmieniły, potrzeba nowych jakości, a dla sukcesu nie wystarczy już sztubacka niezborność, ujmujący nieprofesjonalizm i klimat rupieciarni. Raster uparcie i z niezrozumiałych dla mnie względów wytraca spontaniczność i pomysłowość, osuwa się w rutynę galerii, która pokazuje wprawdzie nowe prace, ale nie nowe jakości.

Co to ma wspólnego z najnowszymi płótnami Materki? Wszystko, bo gdyby pokazać je gdzie indziej, straciłyby czar, który spływa na nie wraz z rastrowskim genre. Jak zwykle mamy tu do czynienia z lapidarnym i celnym opisem ekspozycji. Nie wiem, czy pisze je zawsze jedna i ta sama osoba, ale po lekturze tych notek nie można mieć wątpliwości: oto oglądamy prace z sensem, powstałe z konkretnego powodu, a przy tym świeże i aktualne. Czasem fraza jest tu niemal poetycka, co o dziwo nie razi - dość by raz jeszcze przywołać „Kilkadziesiąt...”. W wypadku Materki czytamy, że „paradoksalnie, widząc mniej i słabiej, malarz pokazuje teraz więcej, dotyka swoimi obrazami intrygujących obszarów na pograniczu widzenia i niewidzenia”; również ogęstej i mrocznej opowieści, zachwianej równowadze widzenia”. Patrzymy na płótna - i faktycznie, może i coś w tym jest...

Bartek Materka, Nie pamiętam jak miała na imię, 2007, olej na płótnie, 50 x 64 cm

A jednak, najnowsze obrazy Materki podejmują temat - zagadnienie - już zdrowo wyeksploatowany (i nie chodzi mi tylko o „Kilkadziesiąt sekund...”). Zaś kiedy czytamy o „trzech różnych manierach malowania odpowiadającym poszczególnym gatunkom zaburzeń wzroku”, to mimo wysiłków dostrzegamy jedynie trzy maniery przypominające twórczość innych malarzy. Flower, Aśka oraz Man and the Truck przywodzą na myśl „rozmyte” prace Rogalskiego z 2004 roku (np. Dreamily, Mute, Jelaousy). Z kole Nie pamiętam jak miała na imię, Klara i Aśka in the Car w sposobie kładzenia farby podobne są do jednego z oblicz Sasnala: te same szybkie pacnięcia kładzione mokrym w mokre, ta sama kontrolowana „breja”, te same „przecinki”, czyli budowanie struktury obrazu krótkimi pociągnięciami pędzla - te same, choć stoi za nimi inny sens. Nie są to oczywiste plagiaty, a raczej podobne taktyki i same malarskie rozwiązania - co w opisie zawsze pozostanie raczej intuicyjne, nie do końca uchwytne. To jednak ważne, by o tym wspominać, bo malarstwa nie da się przykryć otuliną słów. Malarstwo widać, malarstwu nie wierzymy na słowo, lecz na oko. I jeśli malarz opowiada historię, to musi tkać ją nie z wyrazów, lecz obrazów. Stąd wcale nie najbardziej liczy się inspiracja, punkt wyjścia - ale konkretne, czysto plastyczne rozwiązanie; to ono ostatecznie legitymizuje fakt namalowania kwiatka, portretu bądź pejzażu - gdyby było inaczej, każdy kto tylko ma coś do powiedzenia i posiada odrobinę estetycznego wyczucia, byłby malarzem. I dlatego na temat ślepoty więcej powie Sasnal „macając” płótno palcami, niż ktoś, kto namaluje prawie - lub całkowicie - czarny obraz.

Najbardziej przekonują mnie obrazy z „serii trzeciej”, a więc te zaszczepione we wcześniejszych pracach Materki. Jednak i one nie są kompletne. Oparte na jednym patencie - charakterystycznym pociągnięciu bodaj prawie suchym i jakby „wystrzępionym” (nie dam głowy) pędzlem - nużą. Ten pomysł sprawdzał się najlepiej w kolorowych, starszych pracach Materki inspirowanych rozmytym obrazem, może monitora, a może telewizora - takich jak Poc czy Tytus (ciff). Wówczas sama struktura tego gestu konstruowała obraz - i to było logiczne. Dziś jest wytrychem, służy do namalowania „wszystkiego”. Tu warto nadmienić, że w wypadku Materki formalna heterogeniczność jawi się raczej chaotycznym poszukiwaniem, znajdowaniem, a zaraz porzucaniem kolejnych metod, niż wynikającą z głębokiego namysłu filozofią. Tak jest też z wspomnianymi kolorowymi obrazami. Były i się skończyły - a szkoda.

Bartek Materka, Klara (detal), 2007, olej na płótnie, 50 x 64,5 cm

Styl Materki to wypadkowa kilku wrażliwości i rozwiązań z Gerhardem Richterem w roli patrona. Rozmycia, szara tonacja, „mgła”, wyraźny motyw wyabstrahowany na ażurowym tle, zbliżenia, prawie biały monochrom, niemal czysta czerń z ledwo majaczącym motywem... To w szczególe. Jednak w ogóle też widzimy dość często graną, szczególnie ostatnio, melodię: skaza, brud, czerń, autotematyczna refleksja and medium... Mam dodatkowo wrażenie, że to obrazy malowane mechanicznie, jakby ich autor myślami był gdzie indziej. A może Materka po prostu się męczył, co i raz trafiając w utarte koleiny nie zdołał okiełznać farb? Bo możemy oczywiście roztrząsać ową inspirację „kilkoma szczególnymi przypadkami neurologicznych zaburzeń widzenia opisanymi przez Olivera Sacksa” - tylko niewiele, poza konstatacją, iż tak, taka inspiracja była, nam z tego przyjdzie. I choć Raster ma wielki dar retoryczny, to tym razem słowa nijak nie chcą przykleić się do płótna (w wypadku poprzedniej wystawy o patrzeniu skutecznie trzymały przerdzewiałe miejscami ogniwa) - a może: z czasem nie chcą coraz bardziej...

Bartek Materka, bez tytułu (dziewczyna w barze), 2007, olej na płótnie, 140cm x 160cm

Wszystko to składa się na powagę, której nie sposób uwierzyć, że jest poważna, istotna. To mrok sprowadzony do chwytliwej estetyki; efekciarstwo raczej, niż efektowność. Pomysł na serię, na wystawę, na koncept, ale na pewno nie przejmująca malarska wizja. To obrazy, które niewiele mnie obeszły, wydały się wręcz anachroniczne, nieomal dekoracyjne - mimo, że karmią się estetykami względnie świeżymi. Pokaz nowych prac Materki dobrze podsumował Marcin Krasny (w „Kulturze” z 7 bm.): „nie pamiętam jak miała na imię, ale gdzieś już ją widziałem”. Dodam może: pewnie na jakiejś wystawie...

Klik, by powiększyć. Wystawa potrwa do 1 października.

Etykiety:

30 Comments:

Blogger tomek kozak said...

W folderze towarzyszącym wystawie Cezarego Klimaszewskiego w CSW, która zostanie otwarta 24 września, zostanie wydrukowany mój tekst, w którym dość ostro atakuję Krytykanta nazywając go "Afirmantem-Arywistą" kopiującym autopromocyjne techniki Rastra i w infantylny sposób zasłaniającym się spódnicą mamy (FGF) i taty (Raster).
Piszę o tym wszystkim - uprzedzając fakty - ponieważ tekst o wystawie Materki zdaje się, przynajmniej do pewnego stopnia, świadczyć o tym, że pan Banasiak jednak się usamodzielnia. Recenzując Materkę oraz wspominając o "Kilkudziesięciu sekundach...", Krytykant konstatuje, że obie wystawy łączy to, że "są ładnie opakowane, lecz przeciętne; zgrabnie zwerbalizowane, lecz mało treściwe. Unosi się nad nimi dobrze znany styl radical chic, który Raster wypracował, i którym zachwycił tak wielu. Dziś, przyznajmy, styl już nieco zwietrzały. Czasy się zmieniły, potrzeba nowych jakości, a dla sukcesu nie wystarczy już sztubacka niezborność, ujmujący nieprofesjonalizm i klimat rupieciarni. Raster uparcie i z niezrozumiałych dla mnie względów wytraca spontaniczność i pomysłowość, osuwa się w rutynę galerii, która pokazuje wprawdzie nowe prace, ale nie nowe jakości".
To zaiste święte słowa! Ja dodam od siebie tylko tyle, że już do dłuższego czasu śmiertelnie nudzą mnie próby artystycznego eksploatowania problematyki związanej z tzw. "kryzysem przedstawienia", czy z "aporiami widzenia". Zazwyczaj bowiem próby te ograniczają się do klepania teoriopoznawczych banałów albo do żonglerki optycznej, która maskuje znaczeniową pustkę. W tym właśnie kontekście interpretować można zabawne skądinąd doniesienie "Art Bazaru":
"Guggenheim kupił dwa obrazy Sasnala przedstawiające ten sam motyw przemalowany ze zdjęcia ptaka karmiącego swoje pisklęta. Te dwa obrazy, choć identyczne w kształcie i kolorystyce, różnią się od siebie w sposób diametralny. Pierwszy z nich, którą możemy zobaczyć na stronie muzeum (i u nas także), jest płaskim, realistycznym przemalowaniem fotografii ptaka z pisklęciem. Natomiast drugi, z grubo nałożoną farbą, jest dużo mniej 'czytelny' do tego stopnia, że możemy sobie jedynie wyobrazić tę scenę.
'Praca Sasnala nie jest na temat przedstawienia karmienia piskląt, ale na temat postrzegania rzeczywistości i przedstawiania przedmiotów i zjawisk' – napisali kuratorzy Guggenheim dodając, że jego malarstwo nawiązuje do wielkich malarzy końca XX i początku XXI wieku – Gerharda Richtera i Luca Tuymansa".
Ha! Fakt, że "kuratorzy Guggenheima" (a wraz z nimi także i "Bazarowcy") karmią nas tego typu ściemą, byłby może i śmieszny, ale mnie raczej przygnębia. Ta instytucjonalna papka nafaszerowana komunałami jest pozbawiona jakichkolwiek wartości odżywczych -
nic więc dziwnego, że pisklęta są takie słabe.

piątek, 21 września, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

No i Pana uprzedziłem... ;-)

Ale tak serio. Jestem niezmiernie zainteresowany na czym opiera Pan swój "dość ostry atak" - bo na pewno nie na tym, co piszę. "Krytykanta" zacząłem od "dość ostrej" krytyki Willi Warszawa - od szczegółu po ogół. Ta recenzja ukazała się we Fluidzie i tutaj.
W "Podsumowaniu 2006 roku", a więc 9 miesięcy temu, pisałem na "Obiegu.pl" tak:

"W wypadku Rastra swoistym memento był projekt „Willa Warszawa”, który nawet przy maksimum dobrej woli trudno oceniać w kategoriach artystycznych. Raster z kopalni świeżych, niebanalnych koncepcji niepostrzeżenie przeistoczył się w galerię powszednią, statyczną, bez mała mieszczańską, dzielącą czas między targi i kolejne wystawy typu „nowe prace” - nowe prace znanych i uznanych. Nic w tym zdrożnego, jednak znamiennego - jak najbardziej tak".

Jak Pan widzi, w wypadku Materki głoszę dawno wypowiedziana tezę (Pański głos dowodzi, że powtarzając ją, robię słusznie). Tym samym "świętość" moich słów powinien Pan głosić od 9 miesięcy.

To jednak nie wszystko. Dostało się Rastrowi za "Kilkadziesiąt..." - recenzja opublikowana w majowym "A&B". Również za debiut Mateckiego, co do którego podszedłem nader sceptycznie.

Nie chce skłamać, ale jedyną wystawę Rastra, którą ciepło odebrałem, było "Serce" Bogackiej. Lecz i tu daleko było do peanów, miałem sporo zastrzeżeń.

Czyli: 1 do 4. Więc pytam - skąd Pana opinia???

Piszę to wszystko, bo opublikuje Pan swoje słowa drukiem. Cóż, wielu czepiało się "mamy" i "taty", jednak niemal nikt nie sięgnął po fakty. Pierwsze skrzypce grała niewytłumaczalna dla mnie nienawiść w stosunku do tych galerii.

Rastra cenię bowiem przede wszystkim za działalność krytyczną, ale oczywiście także za działalność galeryjną - do czasu jednak. Mam nadzieję, że to dozwolone. Natomiast FGF chwaliłem za jedną wystawę, bo jedną od momentu pojawienia się tego bloga zorganizowali w Polsce. Jednak tak - uznaję FGF za najważniejszą,najbardziej profesjonalną i najbardziej płodną merytorycznie placówkę artystyczną ostatnich lat, ale to chyba niezbyt oryginalny osąd. Ja rozumiem, że jak pochwalę Sasnala to prosta droga do tego, żeby nazwać mnie krytykiem uzależnionym od FGF, jednak rzeczywistość jawi mi się nieco bardziej zniuansowaną... Naprawdę przykro mi, że Panu nie.

I właśnie taka uwaga, jak ta powyższa, produkuje kompletnie jednowymiarowe, nieprawdziwe opinie, które, co stwierdzam ze smutkiem, Pan powiela. Artysta powinien chyba jednak nieco bardziej dogłębnie drążyć rzeczywistość, no i być ciut bardziej odpornym na to, co "się mówi" - weryfikować zasłyszane słowa, a przede wszystkim: myśleć samodzielnie...

pozdrawiam
K

PS.aha, co mam wspólnego z p. Cezarym Klimaszewskim?

piątek, 21 września, 2007  
Anonymous C. said...

"wcale nie najbardziej liczy się inspiracja, punkt wyjścia - ale konkretne, czysto plastyczne rozwiązanie; to ono ostatecznie legitymizuje fakt namalowania kwiatka, portretu bądź pejzażu".

Za tę konstatację Panie Kubo - wielkie dzięki. To fundament, zasada, o której artysta (pewnie nie tylko malarz) nigdy nie powinien zapominać, a nie mogę oprzeć się wrażeniu iż wielu z nich ją omija uznając chyba za anachronizm i przeżytek.
To tak trochę na marginesie, abstrahując od tej konkretnej wystawy, ktorej nie widziałam, przyznaję :)
Pozdrawiam serdecznie.

piątek, 21 września, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

"Artysta powinien chyba jednak nieco bardziej dogłębnie drążyć rzeczywistość". Może się czepiam, ale tutaj Pan wyróżnia tylko jedną z postaw (strategii) artysty jako jedyną dozwoloną. Czyżby poza tzw "drążeniem rzeczywistości", już nic innego w sztuce nie było możliwe?

piątek, 21 września, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

C: dzięki, tez pozdrawiam
A: Tak, czepia się Pan/i... Jakich znowu "strategii" i jaką "jedyną dozwoloną"...? To było odnośnie tekstu p.TK, może niefortunne, nie wiem.. ale mało istotne, nie w tym przecież sedno...

pozdr
K

sobota, 22 września, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

WAZNE SLOWA !
Malarstwo widać, malarstwu nie wierzymy na słowo, lecz na oko. I jeśli malarz opowiada historię, to musi tkać ją nie z wyrazów, lecz obrazów. Stąd wcale nie najbardziej liczy się inspiracja, punkt wyjścia - ale konkretne, czysto plastyczne rozwiązanie; to ono ostatecznie legitymizuje fakt namalowania kwiatka, portretu bądź pejzażu - gdyby było inaczej, każdy kto tylko ma coś do powiedzenia i posiada odrobinę estetycznego wyczucia, byłby malarzem.

sobota, 22 września, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Czy to samo odnosi się do Malewicza?
Poza tym: "gdyby było inaczej, każdy kto tylko ma coś do powiedzenia i posiada odrobinę estetycznego wyczucia, byłby malarzem". Obawiam się, że właśnie jest "inaczej". Malarzy mamy zatrzęsienie, a większość z nich nie ma nawet nic do powiedzenia, nie mówiąc o estetycznym wyczuciu.

sobota, 22 września, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Ok, dwa słowa, których zabrakło: "mimetyczne" ("realistyczne", etc.) i "wybitnym".

pozdr
K

sobota, 22 września, 2007  
Blogger tomek kozak said...

Proszę wybaczyć nieco spóźniony respons na Pańską odpowiedź - mam jednak utudniony dostęp do internetu i stąd ta polemiczna "arytmia".

Przechodząc do meritum, czyli m.in. do sprawy Rastra i FGF, a także do kwestii, nazwijmy to, powinności niezależnego krytyka:

1. Sadzę, iż nieprzypadkowo wiele osób czepia się "Mamy" i "Taty". Nieprzypadkowo również czepialscy mają trudności w ilustrowaniu Pańskiej rzekomej "zależności" wobec opiniotwórczych patronów, cytatami z Pańskich wypowiedzi. Diabeł bowiem tkwi nie tyle w jednoznacznych deklaracjach, ile w kontekście. O co konkretnie chodzi?

Cofnijmy się w przeszłość.
W listopadzie 2006 publikuje Pan negatywną recenzję wystawy Przybylskiego, a następnie uzupełnia ją Pan portretem Irzykowskiego ("króla pamfletu") i programową wypowiedzią:

"Należy więc ciąć, chlastać, ganić, oddzielać ziarno od plew, bo dziś byle banał staje się interesującym wydarzeniem artystycznym. Trzeba cucić młodych, a o starszych pisać bez jedwabnych rękawiczek".

Ten zacny postulat tak komentuje jeden z bloggersów:

"najszlachetniejsze tradycje pamfletu związane są z tekstami krytykującymi figury topowe, lub - by tak rzec: cokołowe. Jeśli przywołuje Pan Irzykowskiego, to pamięta Pan zapewne, że "Beniaminek" dotyczył Boya, czyli niekwestionowanego autorytetu, który dzięki pamfletowi może zostać zakwestionowany. W tym kontekście flekowanie malarza, który takim autorytetem nie jest i na cokole na razie się nie znajduje, budzi duże wątpliwości".

Dlaczego budzi wątpliwości? Ano dlatego, że niezależny krytyk, mający wstręt do "brązownictwa", powinien NAJPIERW atakować "silnych" i sławnych, a potem ewentualnie ćwiczyć ostrze na "słabych". Inaczej zamienia się w "lancknechta", który słabych flekuje, a służy "silnym".
Dlatego tak ważne jest to, by ten, kto powołuje się na Irzykowskiego zdjął "jedwabne rękawiczki" i zaatakował Mamę i Tatę, by potwierdzić swą samodzielność.

Pan zaczął tę walkę o niezależność od Rastra, czyli, jak mniemam od Taty. Czas teraz rzucić wyzwanie silniejszej Mamie, czyli Fundacji.

Dlaczego? Ponieważ niezależny krytyk nie powinien spolegliwymi zachwytami konserwować status quo. Tym bardziej, że aktualny stan rzeczy pozostawia wiele do życzenia. FGF jest bez wątpienia najważniejszą galerią w Polsce, ale nie jest, jak Pan ją określa, najważniejszą "instytucją". Dlaczego? Ponieważ w moim przekonaniu standardów "instytucji" nie spełnia. Instytucja bowiem nie powinna produkować sukcesów, lecz zdobywać zasługi. FGF zaś produkuje jedynie sukcesy, niemiłosiernie komercjalizując awangardową tradycję Galerii Foksal. Artyści Fundacji nie kreują niestety "nowych jakości" (których się Pan słusznie domaga), lecz w konformistyczny sposób spełniają aktualne oczekiwania rynku. Dotyczy to w oczywiście w pierwszym rzędzie Sasnala, który pozuje na wywrotowego lewicowca i punkowca, podczas gdy w istocie jest grzecznym pupilem jedzącym z ręki inwestorom. Inny flagowy artysta FGF-u - Żmijewski - udaje "antagonistę" art-worldu, będąc de facto jego beneficjentem.
Dzisiaj ci właśnie artyści zakłamują ideę "polityczności" w sztuce. Polityczność bowiem - zwłaszcza ta lewicowa - inspirowana jest przez ducha oporu. Oporu wobec mody, establishmentu i skrajnie skomercjalizowanego status quo. Poprawne politycznie slogany nie są oporem lecz żałosną kapitulacją.
Niestety autorytet kuratorów Fundacji wspiera tę kapitulancką hipokryzję. Kiedy Andrzej Przywara mówi o "grze" z rynkiem sztuki, wypada zapytać, jakie są cele tej gry. Czyżby destabilizacja rynkowego cielca? I kto właściwie gra, kto destabilizuje? Sasnal, Żmijewski, Sosnowska, Ołowska? W jaki sposób? Chyba nie za sprawą serwilistycznej mimikry, która sprawia, że nie możemy odróżnić kontestatora od beneficjenta?

Proszę wybaczyć to prostoduszne pytanie, ale czy nie sądzi Pan, że "Krytykant" powinien być bardziej sceptyczny wobec produkcji sukcesów przez galeryjno-rynkową maszynerię? Pańska teza, że najlepsi zarabiają najwięcej, świadczy o bezkrytycznej zależności wobec Mamy i Taty. Nie jest to oczywiście zależność "korupcyjna", lecz intelektualna. Jest to nieuświadomiona zależność wobec paradygmatu, który wartość artystyczną utożsamia z rynkowym sukcesem. W Polsce ten fatalny dyskurs został werbalnie zalegalizowany przez Rastra i uświęcony przez sukcesy Fundacji. Każdy, kto dyskurs sukcesu próbuje kontestować jest dziś spychany na pozycje prowincjonalnego nieudacznika. Obawiam się, że Pańska działalność niestety konserwuje ten stan rzeczy. W wymiarze strategicznym oczywiście, bo poszczególne uwagi krytyczne dotyczące np. pewnych wpadek Rastrystów mają jedynie ograniczona wartość taktyczną. Powiedziałbym, że jedynie kosmetycznie korygują święte krowy polskiej sceny artystycznej.

2. Jeśli chodzi o tekst drukowany, to wykorzystuje on politykę pamfletu, by nieco "odbrązowić" polski art world. Pańskie miejsce w tym światku jest, jak już napisałem, między "Afirmantami-Arywistami" kopiującymi AUTOPROMOCYJNE techniki pseudokrytyczne. Bo taki niestety wymiar miała "krytyka" w wydaniu Rastra. Wulgarnie rzecz ujmując - Raster zrzucił arte-polo z cokołu po to, by samemu nań wskoczyć. I to mu sie udało. Nie wiem tylko, czy polska sztuka powinna się z tego cieszyć? Wszak jedna taniocha została zastąpiona inną -"pałeryzm" ustąpił miejsca galanterii i jakże siermięznej w swych pretencjach szykowności.

pozdrawiam serdecznie i czekam na prawdziwe "odbrązawianie"

sobota, 22 września, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

"Raster zrzucił arte-polo z cokołu po to, by samemu nań wskoczyć"
- PIĘĘĘĘKNE!

sobota, 22 września, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

"Polityczność bowiem - zwłaszcza ta lewicowa - inspirowana jest przez ducha oporu. Oporu wobec mody, establishmentu i skrajnie skomercjalizowanego status quo"
BRAWO! RACJA!
Leszek Miller.

sobota, 22 września, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Nie da się być przeciwko establishmentowi i być poza nim.
Znam takich artystów, którzy obrazili się na establishment zupełnie. Pracują oni jako kelnerzy :(
Smutne jest to, że artyści "lewicowo-buńczuczni" gryzą establishment w pupe, ale tylko troszeczkę, żeby establishment najwyżej pogroził im palcem ręki wolnej od trzymania szklaneczki martini i powiedział: "Oj ale z was łobuziaki, no ale, bądźcie już grzeczni, bo nie dostaniecie martini".

niedziela, 23 września, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Które to były te dobre wystawy w Rastrze. Pytam bez ironii - niedawno przeprowadziłem się do Warszawy i tamtych wczesnych nie widziałem. Słyszę i czytam (także tu), że wtedy było lepiej, a teraz Rastrer się sklasycyzował, skostnial, czy skomercjalizował. Chciałbym wiedzieć, które to były te świetne. Co decyduje o tym, że tak je oceniacie. Czym różnily sie od obecnych.

niedziela, 23 września, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

"Nie da się być przeciw Estabischmentowi i być poza nim", może i nie da się być przeciw, ale można... obok... a poza nim, nu, nie znam nazwisk wielu twórców i u nas i gdzie indziej i teraz i wcześniej, którzy należeliby, do tej głównie sponsorującej sztukę grupy ludzi... W ogóle, co to za spór, nie szkoda czasu - malarzom, krytykom malarstwa, by zajmować się tym co sądzi klient(ewentualnie czemu, to jeszcze rozumiem...)? Ja musiałbym przestać mysleć o tym co malować, gdybym się biedził nad tym, czy ktoś "ważny"(z kasą) to zauważy. Zauważy, dobrze, nie to trudno, trzeba dalej malować i tyle. Bogaty kupiec nie będzie wyroczną w sprawie jakości moich prac, bo jak wtedy nie myśleć co malować tylko pod kątem komercyjnej strategii(o "drążeniu rzeczywistości" nie ma co nawet wspominać)?

Z drugiej strony, Raster, Fundacja i inne galerie i instytucje o mniejszych "sukcesach", są od tego by działać na rynku, promować artystów jakich sobie wybiorą (przecież nie dla wartości duchowych i przyjemności wizualnej wybierają, tylko po to i pod tym kątem by skutecznie dało się sprzedać!!!) i zarabiać na tym, to biznes!

Z trzeciej strony... patrząc z krawędzi monety na obie powierzchnie... widać jedno, argument, że ktoś jest dobry bo dużo zarabia, jest niestety o kant d*** rozstłuc... kłania się historia sztuki, jak to Krytykant określa słusznie...jest to historia "o wiele bardziej zniuansowana"... za bardzo, by stawiać podobne tezy za pewnik..., zwłaszcza będąc świadomym tego, że malarz dobry nie zawsze, ba nieczęsto! jest dobrym sprzedawcą... więc najwięcej zazwyczaj zależy od tego, czy choć trochę się pokaże i czy jakaś instytucja lub galeria uzna... że można go dobrze sprzedać(niestety, dobrze sprzedać nie znaczy DOBRE sprzedać...).

A co do opisanej wystawy to już nudne się staje, nawet takie (łagodne) krytyki jak wyżej... co to znaczy że ciągle ktoś maluje takim samym gestem, często dosłownie cały obraz(pędzel nie musiał być wystrzępiony, wystarczy jeśli był kupiony nie w sklepie dla plastyków, ale z materiałami budowlanymi..., one są czasem lepsze, ale i czasem..., kwestia jednak w tym nie jaki pędzel ale kto i po co go trzyma w łapce), od połowy XIX wieku do dziś setki malarzy zgłbiały problem widzenia, niewidzenia, np. Monet po operacji oka przemalowywał częśc prac, bo się okazało, że zepsuty wzrok całkiem mylił go w kolorach, wszak jednej z najważniejszych cech jego malarstwa, takich, jak i bardziej ekperymentalnych przykładów mozna by mnożyć w nieskończoność, i naprawdę nudne wydaje się co widzę na ilustracjach... cóż, może jestem "anachroniczny"(mody się nie przewidzi, za parę lat ja mogę być dokładnie w centrum mody...)...

Do tekstu o legitymizacji malarstwa przez oko, a nie słowa, dopisałbym całą rzeszę malarzy piszących dziś, a nie malujących na płótnie... nie pakując wszystkich do jednego worka, w wielu przypadkach często bardziej podłoże czy użycie np. oleju, czyni ich malarzami, niż to co widzi oko... a, co do Malewicza, to on malował na jego czasy obrazy świetne i "drążące rzeczywistość", więc tekst Krytykanta w tym punkcie odnosi się i do Malewicza i z wcześniejszych malarzy np. do Malczewskiego... i do tego co, rzadko, ale jednak i dziś.

Obraz musi być czytelny, tytuł musi odpowiadać treści wizualnej, i tłumaczenie artysty nie może czynić z wizualnego banału bajki... już lepiej gdyby się pomylił i przedstawił treść złożoną ale w wydźwięku odwrotną założeniom, wtedy może się jeszcze czegoś nauczyć... bo myśli, bo próbuje przelać w możliwości medium to, co ma do powiedzenia, a nie coś namalować, a potem zwerbalizować "co chciał"... Malarstwo nie jest jednym językiem, jak pismo i slowo, jest całą kupą języków, z których każdy ma ooogrooomnąąąą ilość dialektów i gwar... całe życie można strawić na poszukiwanie ciekawego przełożenia myśli na obraz i przegrać, więc proponuję by skończyć jałową dyskusję o rynku i estabischmencie, on i tak jest i będzie, i wybierze tego kto mu się będzie "podobał", nieważne będzie dobry czy nie, jak na nas trafi SUPER! nie... cóż, takie życie.

Jedynie dobra i rejestrująca realne jakości sztuki krytyka, zauważająca co dobre, i krytykująca co tylko modne, może to powolutku zmienić, nauczyć klientów, też tych z kasą, co myśleć o sztuce.

niedziela, 23 września, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Zapowiadała się merytoryczna polemika. Pan mi coś zarzucił, a ja odwołałem się do faktów. Pan napisał następnie odpisał coś - moim skromnym zdaniem - co najmniej dziwnego... Z pewnością inaczej pozycjonujemy powinności krytyka. Ale po kolei.

1.
Najpierw załatwmy - który to raz... - sprawę „mamy” i „taty”.

Pisze Pan:
„Sadzę, iż nieprzypadkowo wiele osób czepia się "Mamy" i "Taty". Nieprzypadkowo również czepialscy mają trudności w ilustrowaniu Pańskiej rzekomej "zależności" wobec opiniotwórczych patronów, cytatami z Pańskich wypowiedzi. Diabeł bowiem tkwi nie tyle w jednoznacznych deklaracjach, ile w kontekście. O co konkretnie chodzi?”

Ciekawe zbycie adwersarza... Ale dobrze, przyjrzyjmy się owym „kontekstom”.

Pierwszy Pański argument to taki, że zacząłem krytykę od „uderzenia” w słabego, a nie mocnego - czyli Przybylskiego.
Po pierwsze - to nie był pierwszy wpis. Najpierw był ogólny wpis o buncie, szerokie (3 części) omówienie „Czarnego Alfabectu”, krytyka (jednoznaczna!) Willi Warszawa RASTRA, następie krytyka tekstu Marcina Krasnego o wystawie Wojciecha Zasadniego, potem pozytywna recenzja „Końca...” z FGF, długi tekst o Banksym (tez zahaczający o problem antykapitalistycznego buntu), i w końcu - po 1,5 miesiąca od założenia bloga - Przybylski.
Czy to jest ten Pański kontekst? Naprawdę - lepiej sprawdzić fakty.

Po drugie - odpowiadałem już pod tamtym postem, że człowiek, który jest bezkrytycznie chwalony w najważniejszych mediach, ma solowe wystawy w najważniejszych polskich placówkach, TAKŻE W RASTRZE (wraz z pozytywnym tekstem, o ile pamięć mnie nie myli, autorstwa Ł. Gorczycy) - JEST dla mnie ważną figurą w polskiej sztuce. Czy więc „uderzenie” w takiego artystę było koncyliacyjne?

O co więc Panu chodzi - nie pojmę. I dlaczego pisze Pan, że zacząłem od Niego, a nie od „silnych” - skoro jest DOKŁADNIE ODWROTNIE?
A dlaczego wokół krytyki p. Przybylskiego pojawił się taki szum (a nie po Willi Warszawa)? Może dlatego, że krytyka Rastra - właśnie - wszystkich ucieszyła? A może spowodowała to niesłychanie emocjonalna reakcja p. Przybylskiego i nasza polemika???

I dalej:
(moje) „poszczególne uwagi krytyczne dotyczące np. pewnych wpadek Rastrystów mają jedynie ograniczona wartość taktyczną. Powiedziałbym, że jedynie kosmetycznie korygują święte krowy polskiej sceny artystycznej”.

Jakie znowu „święte krowy”? Błagam - proszę odwołać się do moich tekstów. Z nich wynika owo „4-1”, moja faktyczna ocena Rastra. I jakie „wartości taktyczne”? W jakiej taktyce? Obalania Rastra? Ale ja nie chcę go - i nic innego - obalać! Ja mogę obalać jakości poszczególnych prac i wystaw.

I ważne: pomieszał Pan „Brązowników” Boya z „Beniaminkiem” Irzykowskiego; nade wszystko: pomieszał Pan moje intencje i własne oczekiwania - a nie tak powinno oceniać się cudzy tekst.
Ja nawiązałem do Irzykowskiego w kwestii formalnej - stylistycznej. Nie merytorycznej. W moim poście chodziło o potrzebę użycia w polskiej krytyce formuły pamfletu, a nie o fakt obalania pomników (to już Boy - również w zupełnie innym sensie: patrzenia np. na Mickiewicza kompleksowo, nie pomijania „wstydliwych”, „trudnych” momentów jego biografii; „odbrązowienia” go, ale nie zniszczenia!).

Więc jeszcze raz - ja nie chcę obalać Rastra, a wprowadzać różnicowanie. I czynię to. Niech Pan porówna moje teksty z tych samych wystaw z tekstami innych krytyków. Naprawdę - minimum zdrowego rozsądku.

I dalej:
Pisze Pan, że „kopiuję AUTOPROMOCYJNE techniki pseudokrytyczne. Bo taki niestety wymiar miała "krytyka" w wydaniu Rastra. Wulgarnie rzecz ujmując - Raster zrzucił arte-polo z cokołu po to, by samemu nań wskoczyć. I to mu sie udało. Nie wiem tylko, czy polska sztuka powinna się z tego cieszyć? Wszak jedna taniocha została zastąpiona inną -"pałeryzm" ustąpił miejsca galanterii i jakże siermiężnej w swych pretensjach szykowności.”

Znowu: fundamentalna niezgoda. Tu zaczynamy osuwać się w opary absurdu na dość znaczną głębokość. Dla mnie Raster istotnie przewartościował publiczne myślenie o sztuce, ożywił polską krytykę i sztukę, wprowadził kilku znakomitych artystów...
Ale tu już zaczynam mówić rzeczy oczywiste. Bo jeśli uważa Pan Maciejowskiego, Sasnala, Grzeszykowską, Liberę, Azorro, Dawickiego, Budnego i innych za kolejną odsłonę artepolo, tu najzwyczajniej w świecie się nie dogadamy - inne systemy (artystycznych) wartości. Nie dogadamy się także dlatego, że „najmłodszych” artystów Rastra - Mateckiego i Materkę - krytykuję, czego nie chce Pan zauważyć. Więc znowu: Pan za argumenty podaje własne wyobrażenia, a ja fakty.

Tyle Pańskich „kontekstów”. Proponuję większą niezależność w myśleniu - owe „wiele osób”, o których Pan wspomina, się myli. Co jest zresztą normalne - nie zawsze większość ma rację; czasem większość to jest masa, myślenie stadne powodowane plotką, emocją i resentymentem...

I część druga Pańskiego wpisu - dotycząca FGF.

2.
Pańskim koronnym argumentem (owym kolejnym rzekomym „kontekstem”, dzięki któremu można mówić o moim „intelektualnym uzależnieniu” od „rodziców”) okazuje się być bezpardonowy atak na FGF będący jednocześnie, tu podkreślmy, bardzo wyraźnym stanowiskiem politycznym. I tu wracamy do tego, od czego zacząłem: inaczej pozycjonujemy powinność krytyka. Ja nie czuję się ideologiem, oceniam jakości na polu sztuki.

Wracając do sprawy. Nie podał Pan argumentów merytorycznych, a jedynie ekonomiczno - polityczne: dlaczego nie niszczę FGF, skoro są bogaci, sprzedają, a także „ich” artyści deklarujący się lewicowymi nie cierpią biedy? Dlaczego nie uderzam w największych, te „święte krowy” - bo taka, jak rozumiem, jest zasada? Pisze Pan, że „każdy, kto dyskurs sukcesu próbuje kontestować jest dziś spychany na pozycje prowincjonalnego nieudacznika”. Proszę dać mi jeden przykład mojego tekstu, w którym tak piszę - albo przykład z naszej sceny artystycznej.

Ale odniosę się też a propos szczegółu, nie tylko ogółu (czy raczej: generalizacji):

Pisze Pan:
„Artyści Fundacji nie kreują niestety "nowych jakości" (których się Pan słusznie domaga), lecz w konformistyczny sposób spełniają aktualne oczekiwania rynku.”

To zdanie zasługuje na miano herezji roku.
Ależ tak, śmiało, niech Pan kpiąco pokiwa głową, a w rozmowach z prawdziwymi buntownikami (owymi „wieloma osobami”) przytoczy je kilkakrotnie. Bo powiem szczerze, że ja tu się poddaję i oddaję pole. Na pewnym poziomie dyskusja po prostu traci sens.

Co to znaczy: „Sasnala, który pozuje na wywrotowego lewicowca i punkowca, podczas gdy w istocie jest grzecznym pupilem jedzącym z ręki inwestorom”? Co to za fraza? Ma Pan 13 lat? A może dysponuje Pan probierzem „punkowości” i „lewicowości”? Niechże Pan nie chowa go za pazuchę, wszyscy zmierzymy poziom zaangażowania artystów i nikt już nie będzie się zasłaniać znanymi galeriami. Wyjdzie szydło z worka! A jednak... Jeden wywiad Sasnala w „Dzienniku” daje więcej polskiej lewicy, niż dziesięć „zaangażowanych” prac.

Dalej: „Żmijewski - udaje "antagonistę" art-worldu, będąc de facto jego beneficjentem”.

Życzę Panu tego samego - jeśli chodzi o jakości oczywiście, bo rynkiem/art worldem Pan gardzi (rzecz jasna nie rynek Panem, co to, to nie! Pan - rynkiem). Znowu: na pewnym poziomie nie da się rozmawiać. Naprawdę to dla Pana jest aż tak mało skomplikowane? Tak proste? Związek AŻ z redakcją KP? Jego cała droga artystyczna? Manifest „SSS”? Pan jest jaki - bardziej „niezależny”?
I tylko ciągle nie wiem czemu i mnie widzi Pan na mapie swej krucjaty...

Dalej:
„Polityczność bowiem - zwłaszcza ta lewicowa - inspirowana jest przez ducha oporu. Oporu wobec mody, establishmentu i skrajnie skomercjalizowanego status quo. Poprawne politycznie slogany nie są oporem lecz żałosną kapitulacją.”

Jakiego znowu oporu? Chce Pan być - pardon - bardziej święty od papieża. Ja naprawdę nie walczę z tym co Pan. Ja walczę o dobrą sztukę - nawet, jeśli sprokuruje ją radykalny monarchista. Nieźle, prawda?
Ale - powtarzam - jeśli ma Pan lepszą intelektualną propozycję wobec globalnej sytuacji ideowo-polityczno-ekonomicznej, niż „Krytyka Polityczna” i AŻ/Sasnal/FGF - śmiało, proszę ją objawić! Anarchosyndykalizm? Jakaś manifestacja? Koncert punkowy? Pokaz ”sztuki niezależnej” na squacie? Może szablony w pełni księżyca?

Pan chce widzieć krytyka jako niszczyciela - jak rozumiem - „rynku i jego beneficjentów”. Ja natomiast mogę się buntować przeciwko głupim działaniom, a nie komuś, kto jest majętny, znany i uznany. Doprawdy, Pańskimi konstrukcjami intelektualnymi wprawia mnie Pan w niejakie zakłopotanie...
Pisałem o rynku sztuki i antykapitalistycznym buncie wielokrotnie. Proszę spróbować odnieść się do moich tez:
- Obieg, tekst o SSS Żmijewskiego:
http://www.obieg.pl/event/07020201.php
- Obieg, aktualne „wydarzenie”;
- blog, kilka tekstów: np. „Niemożność buntu” - październik, „Imperium Atlas kontratakuje” - listopad, ostatnio o P.Fussie.
Wtedy możemy dyskutować. Bo Pan znowu posiłkuje się wyobrażeniami, a nie stanem faktycznym - moimi tekstami.

Ale to nie wszystko, bo oto:
„Niestety autorytet kuratorów Fundacji wspiera tę kapitulancką hipokryzję. Kiedy Andrzej Przywara mówi o "grze" z rynkiem sztuki, wypada zapytać, jakie są cele tej gry. Czyżby destabilizacja rynkowego cielca? I kto właściwie gra, kto destabilizuje? Sasnal, Żmijewski, Sosnowska, Ołowska? W jaki sposób? Chyba nie za sprawą serwilistycznej mimikry, która sprawia, że nie możemy odróżnić kontestatora od beneficjenta?”

Proszę o sprecyzowanie: jakie według Pana są „cele tej gry”. Uprzejmie proszę podeprzeć się przykładami - np. przedsięwzięciami FGF w ostatnich 2 latach. Fakt, rynku sztuki nie obaliły. Pana zdaniem miały? A może miały jedynie zaistnieć w maksymalnie szerokim kontekście bez utraty jakości i niezależności? Więc może gra się jednak udała?

Proszę także o definicję „skrajnie skomercjalizowanego status quo”. Czy jest nią galeria, która debiutuje na targach Liste (np. Lokal 30)? Czy to jest jedno z ohydnych oblicz „rynkowego cielca”? Czy to już „jedzenie z ręki inwestorom”? Czy tylko w Basel? A co np. z Atlasem Sztuki? Może w ogóle stworzyć listę heretyków?

3.
Pisze Pan:
„Proszę wybaczyć to prostoduszne pytanie, ale czy nie sądzi Pan, że "Krytykant" powinien być bardziej sceptyczny wobec produkcji sukcesów przez galeryjno-rynkową maszynerię?”

Jaką maszynerię? Proszę Pana. Ja oceniam jakości. Mogę „być sceptyczny” wobec konkretnych dzieł. Mogę chwalić początki, a krytykować stan obecny - i odwrotnie. Nawet w wypadku jednego artysty/galerii: raz chwalić, innym razem krytykować.
Uwaga - ja NIE walczę z rynkiem.

Napisałem naprawdę sporo przez ostatnie kilkanaście miesięcy i trzeba mieć dużo złej woli, by napisać o moich tekstach to, co Pan. Nie proponuje Pan nic, prócz narzekania i jakiegoś dziwnego (w moim odczuciu) resentymentu. I miesza mnie Pan w konteksty, których unikam.

Jest Pan niezwykle niepokorny: tak ostro walnąć w FGF i Rastra! Przy Panu wszyscy jesteśmy uległymi karierowiczami.

Pozdrawiam!
K

***

PS. Widzę, że i inni dają Panu odpór... :)

niedziela, 23 września, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

a prawda jest taka, ze to co zrobiła FGF w kwestii Muzeum Sztuki Nowoczesnej to mistrzostwo świata, najlepszy performance jaki widziałem, zrobić w konia cały polski art world z wszystkimi wybitnościami w rodzaju Rotenberg, Poprzęckiej (nawiasem mówiąc nie zostaje im nic innego jak przystać na taki stan rzeczy) gratulacje!!!

niedziela, 23 września, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Nu, robienie w konia Poprzęckiej nie jest niczym "wybitnym", i czymś czym mozna się chwalić albo chwalić kogoś... pozostaje więc nadzieja, że to nie jest, nie było tak proste przyjacielu w anonimowości, że po prostu FGF zrobił to, co było w jego komercyjnym interesie, nie zaś po to, by komuś zrobić dziecinnego psikusa, inaczej możnaby uwierzyć w teorie spiskowe, także i tu(w komentarzach) od czasu do czasu prezentowane... Myślę, że instytucje jak FGF to jednak poważni ludzie, nawet jeśli nie akceptuję, jak to artysta-indywidualista ;) tego, kogo nasze najpoważniejsze instytucje i galerie promują ;)

niedziela, 23 września, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

ani przez chwilę nie pomyślałem, anonimowy kolego, że FGF robi to "w komercyjnym interesie" - oczywiście robi to wszystko jedynie dla dobra polskiej sztuki i w ogóle ku chwale ojczyzny!

niedziela, 23 września, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

cały polski art world to fgf + te wszystkie panie i nie wiem jak i czemu mieliby oni robić siebie w konia..jak już to chyba tych co mają inne poglądy (ministerstwo? ale czy tam ma ktoś wogóle jakieś poglądy w sprawach sztuki?)

niedziela, 23 września, 2007  
Blogger tomek kozak said...

Obawiam się, że ta wojna będzię długa i strasznie nudna. No, ale do rzeczy...

” Ma Pan 13 lat?” Oto dobre pytanie! Powiedzmy, że tak – dzięki temu będę mógł zadać parę gimnazjalnych pytań. Mam nadzieję, że Pan odpowie – tym bardziej, iż mam wrażenie, że imputuje mi Pan rzeczy, których nie powiedziałem.

1. Pisze Pan o Przybylskim: „człowiek, który jest bezkrytycznie chwalony w najważniejszych mediach, ma solowe wystawy w najważniejszych polskich placówkach, TAKŻE W RASTRZE (wraz z pozytywnym tekstem, o ile pamięć mnie nie myli, autorstwa Ł. Gorczycy) - JEST dla mnie ważną figurą w polskiej sztuce. Czy więc ‘uderzenie’ w takiego artystę było koncyliacyjne?”

Pytania gimnazjalne: czy ja twierdziłem, że „uderzenie” w Przybylskiego jest koncyliacyjne? Czy sugerowałem, że Przybylski jest „nieważny”?

Nie – sugerowałem, że są ważniejsi. Z tym zapewne się Pan zgodzi. Choćby Sasnal – ten jest najważniejszy. Wobec tego zadałem pytanie, czy krytyk powołujący się na wroga „beniaminków” nie powinien „ciąć” tych najważniejszych? Pan pewnie odpowie, że niekoniecznie – o ile „najważniejszy” równa się: „najwybitniejszy”. Zgoda, ale wtedy pamflet przestaje mieć rację bytu. Ma ją bowiem tylko wtedy, gdy uderza w potentatów. Jeśli tego nie robi, a zachowuje „pamfletowy” sztafaż stylistyczny, jest już tylko paszkwilem.

2. Dalej: „jeśli uważa Pan Maciejowskiego, Sasnala, Grzeszykowską, Liberę, Azorro, Dawickiego, Budnego i innych za kolejną odsłonę artepolo, tu najzwyczajniej w świecie się nie dogadamy”. Błagam – dogadajmy się jednak! Ale przestańmy wkładać sobie w usta słowa, których nie wypowiedzieliśmy.

Pytania gimnazjalne: czy ja sugerowałem, że wymienione przez Pana grono znakomitych artystów należy uznać „za kolejną odsłonę artepolo”?

Litości! (nie wierzę, że jej Pan nie zna!) Ja powiedziałem przecież – nawiązując do użytego przez Pana określenia „radical chic”, że „"pałeryzm" ustąpił miejsca galanterii i jakże siermiężnej w swych pretensjach "szykowności"”. O co chodziło?

O to, że sztywniackie, anachroniczne zadęcie zdefasonowanego, glutowatego artepolo zastąpiła giętka, sprytna, przyjemna, prosta, zabawna, fajna (i nade wszystko - będąca „na czasie”) sztuka Rastrystów (WYJĄTKIEM JEST TU LIBERA). Sztuka zabiegająca o publiczność grubym dowcipem (Maciejowski), pozornie wywrotowym, a w gruncie rzeczy kabaretowo ugodowym humorem (Azorro, Dawicki) i drobnomieszczańską, minoderyjną galanteryjnością upozowaną na lewackość (Sasnal).

Tak więc nie mówiłem, iż Raster i artepolo to to samo. Raczej, że konformistyczne „machismo” „pałeryzmu” zastąpione zostało uległą (wobec mody i rynku) „słabizną” „rastryzmu”. W konsekwencji otrzymaliśmy sztukę powierzchowną, miałką, antyintelektualną i bezideową - chyba, że za jej ideę uznać natychmiastowy finansowy i prestiżowy zysk. Uff! J

3. Deklaruje Pan: „ja nie chcę obalać Rastra”. Brawo! To dobrze świadczy o Pańskiej konstruktywności . Ale… czy jest Pan pewien, że ja akurat namawiałem do „obalania”? Apelowałem raczej o samodzielność przyznając zarazem, że w odniesieniu do Rastra pierwsze kroki już Pan szczęśliwie uczynił.

Pisze Pan z wyrzutem, że chcę ”widzieć krytyka jako niszczyciela (…) ‘rynku i jego beneficjentów’”. Niezupełnie. Jeśli czegoś nie dopowiedziałem, zrobię to teraz. Krytyk nie musi być niszczycielem rynku. Powinien po prostu być sceptyczny wobec tych, którzy podporządkowują się jego prawom, a zarazem udają niezależność i pozują na „antagonistów”. Taki jest dla mnie Żmijewski i jego „społeczne sztuki stosowane”. Taki jest także Sasnal – według przypisywanych mu słów: „punkowiec w wersji de luxe” (przyzna Pan, że to zgoła znamienne „contradictio in adiecto”).

4. Pora wreszcie odpowiedzieć na Pańskie pytanie, czy dysponuję „probierzem ‘punkowości’ i ‘lewicowości’”? Owszem – stereotypowo zakładam, że „standardowy” punkowiec jest rogaty, niepokorny, niesprzedajny i „nie-mainstreamowy”. Czy zgadza się Pan na te wyznaczniki? Jeśli tak, czy taki jest Sasnal?

Lewicowość. Jak już powiedziałem, lewicowość musi być – niejako ex definitione – inspirowana „ przez ducha oporu. Oporu wobec mody, establishmentu i skrajnie skomercjalizowanego status quo”. Jak Pan zapewne wie, od czasów rewolucji francuskiej lewa strona parlamentu utożsamiana jest z siłami kontestującymi aktualny stan rzeczy. Ja od lewicowych artystów oczekuję takiej właśnie kontestacji – w tym wypadku kontestacji mechanizmów, które konserwują dominację prywatnych galerii w świecie sztuki. Zamiast takiej kontestacji artyści FGF serwują dobrze płatne komunały – np. socrealistyczne portrety „skrzywdzonych i poniżonych” (filmy AŻ w NBK w Berlinie). Natomiast „krytyka polityczna” w wydaniu Sasnala ogranicza się do ilustrowania dramatów Demirskiego i Passoliniego. Jeśli tak, to powiedzmy od razu, że każdy, kto rysuje św. Pawła jest katolikiem, a każdy kto maluje portret Lenina – rewolucjonistą. Kompletna bzdura!

Twierdzi Pan, że „Jeden wywiad Sasnala w ‘Dzienniku’ daje więcej polskiej lewicy, niż dziesięć ‘zaangażowanych’ prac”. PARADNE! Błagam, niech Pan to sprecyzuje! (taką tezę postawił kiedyś Janek Sowa - ale w trybie przypuszczającym. Jego zdaniem taki wywiad MÓGŁBY dać lewicy więcej od „zaangażowanych” prac. Pańskim zdaniem rzeczywiście dał? Konkretnie – co i dlaczego?J)

5. „Wobec globalnej sytuacji ideowo-polityczno-ekonomicznej”, apeluje Pan do mnie o „objawienie” propozycji lepszej niż „‘Krytyka Polityczna’ i AŻ/Sasnal/FGF”.
Cóż, to akurat nie będzie trudne, ponieważ ich propozycja to zlepek socrealistycznych sloganów, które odsyłają do bezproduktywnych i naiwnych fantazmatów o „skuteczności” politycznie poprawnej sztuki.
Ja - zamiast tak rozumianej „krytyki politycznej” – proponuję „KRYTYKĘ FANTAZMATYCZNĄ” – znacznie skromniejszą, i w gruncie rzeczy bardziej realistyczną – wolną od dziecinnych rojeń o bezpośrednim korygowaniu tzw. „rzeczywistości”.
Jej podstawowe dezyderaty zostaną opublikowane w tekście „Dialektyka anachronizmu”, który ukaże się w najbliższym wydaniu drukowanego „Obiegu”. Dodać też mogę, że wizualnym ekwiwalentem „krytyki fantazmatycznej” jest mój dyptyk filmowy „Lekcja Jogi/Lekcja Lucyferyczna”, który prezentowałem w maju b.r. w galerii Lokal_30.

6. Problem gry. W Polsce Fundacja postrzegana jest jako galeria prowadząca „mądrą” grę z rynkiem. Świadczy o tym np. wypowiedź Piotra Bernatowicza podczas dyskusji o stanie polskiej krytyki (zapis dyskusji akurat wisi na stronie Obiegu). Bernatowicz mówi: „Ostatnio przeczytałem ciekawą rzecz w wywiadzie, który Dorota Jarecka przeprowadziła z Andrzejem Przywarą z Fundacji Galerii Foksal. On bardzo ciekawie zaczął w pewnym momencie dystansować się od rynku sztuki wskazując właśnie na ten problem - mówiąc, że to, co robiła Fundacja, to jest pewna gra z rynkiem, wykorzystywanie go, ale jednocześnie jakby zachowywanie pewnego dystansu. I akurat ten moment wydal mi się dosyć mądry, bo jak wiadomo, kuratorzy z Fundacji najlepiej znają te mechanizmy”. Pan wymaga ode mnie sprecyzowania celów tej gry. Obawiam się, że nie mogę tego zrobić, ponieważ moim zdaniem FGF takiej gry w ogóle nie prowadzi. Wyraziłem to chyba jasno. Jeśli wciąż domaga się Pan odpowiedzi, zacytuję samego Andrzeja Przywarę, który tak mówi w rozmowie z Jarecką: „Używamy rynku jako jednego z narzędzi budowania pozycji artysty”. I to wszystko. Czym taka „gra” różni się od „nie-gry”? Dla mnie to zwykła mimikra, która skutkuje afirmatywnym, bezkrytycznym zespoleniem FGF-u z rynkiem. Czy taka mimikra gwarantuje zachowanie jakości? Do pewnego stopnia. W obrębie paradygmatu aktualnej „instytucji sztuki” („instytucji” w rozumieniu Bürgerowskim; pojmowanej jako aparat „przemysłowej” PRODUKCJI sztuki) mimikra ta może gwarantować jakość. Jakość „dobrą”, ale na pewno nie „nową”. Dlaczego? Właśnie dlatego, że art world jest światem „po/nowoczesnym”. Co z tego wynika? Choćby to, że – jak powiedziałby Benjamin – światem tym rządzi moda. Co za tym idzie, prawdziwa „Nowość” (rozumiana jako coś, czego jeszcze nigdy nie było) jest niemożliwa. Moda bowiem to wieczny powrót „tego samego”.
Czy mimikra Fundacji zapewnia jej niezależność? W bardzo ograniczonym stopniu. Jest to autonomia „pod-projektanta”, który może TROCHĘ modyfikować aktualne wzory – PARADYGMATU NIE ZMIENI NIGDY (zresztą wcale tego nie chce, bo po co, skoro jest opłacalny?)

7. Prosi mnie Pan o przykład tekstu, w którym „każdy, kto dyskurs sukcesu próbuje kontestować jest spychany na pozycje prowincjonalnego nieudacznika”. Najlepszym przykładem jest właśnie Pańska odpowiedź, w której zestawia mnie Pan ze „stadem” powodowanym „plotką, emocją, resentymentem”. Co więcej, wprost zarzuca mi Pan, że powoduje mną jakiś „dziwny resentyment”. Ha! Czekałem na ten argument, i oczywiście się pojawił. Ale czy mój resentyment jest „dziwny”? Myślę, że według Pana jest całkiem oczywisty. Sugeruje Pan przecież - pisząc: „rynkiem/art worldem Pan gardzi (rzecz jasna nie rynek Panem, co to, to nie! Pan – rynkiem)” - że mój sceptycyzm wobec rynku to kompensacja „pogardy”, jaką rynek mi okazuje.
Zastanówmy się czy ten psudopsychologiczny chwyt – pomijając jego nieczystość - jest skuteczny?. Powiedzmy, że jestem frustratem napędzanym zazdrością i kompleksami. Co z tego? Zakłada Pan, że DLATEGO WŁAŚNIE nie mogę mieć racji, że źle diagnozuję problemy? Skąd to przekonanie?
Ja przyznam, że – w przeciwieństwie choćby do Nietzschego – wierzę, iż resentyment to wysokoprocentowe paliwo radykalnej krytyki. Ten afekt to prawdziwie filozoficzna „dźwignia” J

8. Twierdzi Pan, że moja krytyka FGF-u to „herezja” i „krucjata”. Chryste Panie! Pan mnie niebezpiecznie podnieca… Zaczynam fantazjować o pochodniach i kazamatach… Kto wie, czy nie ma Pan racji… Może marzę o Mytkowskiej w muzeum tortur? „Iron Maiden” i „hiszpańskie buciki”? Stop! Zagalopowałem się… Ściągam więc cugle i pytam o rzecz ostatnią. Naprawdę uważa pan, że moja krytyka jest, jak Pan mówi, „polityczna”? Jeśli tak, to pewnie czytał Pan ostatnio Rosena? To przecież on twierdzi, że każda interpretacja jest retoryczna, ergo – „polityczna”. Co z tego wynika? W kontekście naszego sporu tylko tyle, że Pan jest równie „polityczny” jak ja.

9. Na koniec podnosi mnie Pan na duchu, chwaląc mój brak pokory: - „tak ostro walnąć w FGF i Rastra!”. Dodaje Pan jednak niepotrzebnie: „Przy Panu wszyscy jesteśmy uległymi karierowiczami”. Wszyscy, czyli kto? MAMA, TATA i ja? Wszyscy jesteście karierowiczami? Chyba nie może być aż tak źle!

poniedziałek, 24 września, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

(hehe..) ;-)

no dobrze... czepił się Pan tej 13-tki i ironii (bardzo możliwe, że niskich lotów, ale jednak zrozumiałej), jakichś tam "nośnych" fraz co to ich się nieraz używa w dyskusji.. i na nich oparł odpowiedź.. isotnie, odpowiadanie na nie i mierzenie każdego słowa centymentrem może być cokolwiek nudne..
bo oczywiście mogę tłumaczyć, że pisząc o Pańskim "artepolo" - nie, nie chodziło mi o artepolo LITERALNIE, co przecież Pan rozumie - sam zaraz pisze o tym, że "sztywniackie, anachroniczne zadęcie zdefasonowanego, glutowatego artepolo zastąpiła giętka, sprytna, przyjemna, prosta, zabawna, fajna (i nade wszystko - będąca „na czasie”) sztuka Rastrystów (WYJĄTKIEM JEST TU LIBERA). Sztuka zabiegająca o publiczność grubym dowcipem (Maciejowski), pozornie wywrotowym, a w gruncie rzeczy kabaretowo ugodowym humorem (Azorro, Dawicki) i drobnomieszczańską, minoderyjną galanteryjnością upozowaną na lewackość (Sasnal)".
Czyli - wszystko jasne... I tak dalej.. no bo do Pana żarcików - Pan pozwoli - odnosić się nie będę, choć niektóre wcale niezłe..

No własnie - Pan przeczytał, jaka jest moja filozfia; nie odniósł się do niej, a znowu napisał, jaka winna być zdaniem Pana..
dla mnie sztuka nie musi być emocjonalna, itd, itp... Do tego proszę się donieść, a nie do moich tanich prowokacji.. ;-)

ale - nadal czekam na polemikę z moimi tekstami (linki już podałem)..
nadal Pan powtarza, że "w odniesieniu do Rastra pierwsze kroki już Pan szczęśliwie uczynił" - traktując, jak rozumiem, moją odpowiedź (i przykłądy) jak powietrze. Tę - i niemal wszystkie inne.

Jak dla mnie cały czas koszmarnie Pan upraszcza, ale nade wszystko - snuje swoją bajkę i nie wiem czemu stawia mnie do niej w opozycji; nie wiem - bo nie odnosi się Pan do moich słów.

może i gdzieś się nie zrozumieliśmy, ale na pewno Czytelnicy mają juz dość czytelny wgląd w nasze racje/stanowiska.

Bo przecież jedynym Pańskim argumentem - realną alternatywą - jest pozostająca jeszcze nam niedostępną „Dialektyka anachronizmu”; na którą - szczerze - już czekam.

stay rebel!

K

poniedziałek, 24 września, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

widzę, że na razie Pan nie odpowiedział, więc dorzucę jeszcze trzy grosze.. nie chcę bowiem, by to akurat umknęło..

otóż pisząc o p.Przybylskim ustawia mnie Pan w roli paszkwilanta, nieomal "kopiącego leżącego"...
Jednak jak zwykle Pan nie sięga do źródeł, a do jakże niedoskonałej pamięci.. więc może przypomnę kilka faktów, poza tymi z poprzedniego wpisu (których chyba Pan nie przyswaja).

Krytyka była merytoryczna, choć podlana ostrym sosem (link "listopad 2006", łatwo sprawdzić). Jesli okaże Pan gram dobrej woli, spostrzeże, że kilka wątków w tym tekście było istotnych. Paszkwil to coś niestosownego. Czy taką była moja recenzja? Raczej podejrzewałbym, że podpisałby się Pan pod nią...

W żadnym razie nie był to jednak pamflet. Zaś Irzykowski pojawił się tylko na ilustracji. Kolejny wpis był bowiem reakcją na polemikę, jakąś wywołał pierwszy. Znowu - miesza Pan dwa wpisy, jest nieprecyzyjny, pisze to, co chce, a nie to, co wynika z tekstów.

Nadto abstrahuje Pan te teksty z pewnej koncepcji krytyki, którą staram się tu przedstawiać. Znowu - dopasowuje mnie Pan do sztancy, bo tak jest wygodnie; w tym wypadku mam być walącym w bezbronne owieczki cynikiem (uwaga! literalnie tak Pan nie napisał!), zamiast odważnym łowcą - nie wiem - wilków...

Ja jednak - powtórzę po raz wtóry, co tam.. - nie będę walił w możnych, tylko dlatego, że nimi są. Podobnie w słabych - tylko za ich słabość (co mi Pan dość nieudolnie - ależ ekwilibrystyka! - imputuje).

pozdrowienia i powodzenia na Liste ;-)
K

wtorek, 25 września, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Emil Zola: "Wyobraziłem sobie, że przechadzam się po ulicy i napotykam tłum uliczników ciskający kamieniami w Maneta. Krytycy - przepraszam policjanci - źle wywiązują się ze swych obowiązków, wzmagają jeszcze większe zamieszanie zamiast uspokoić zbiegowisko, a nawet, niech mi Bóg wybaczy! wydaje mi się, że sami trzymają w rękach ogromne kamienie. Jest już w tym widowisku jakieś grubiaństwo, które mnie zasmuca, mnie obojętnego przechodnia, idącego spokojnym i swobodnym krokiem."
(E. Zola, Mes Haines, 1923)

środa, 26 września, 2007  
Blogger tomek kozak said...

Ha! Co do uproszczeń - ma Pan w pewnym stopniu rację. Ale cóż - takowe wymusza poetyka blogowych komentarzy. I tak mam wyrzuty sumienia publikując w komentarzach tasiemce. Tu trzeba krótko i treściwie. To oczywiście grozi symplifikacjami. Przyznam, że ich nie lubię, ale czasem polaryzacja stanowisk kreślona karykaturalną krechą jest nieodzowna, by wyraźnie zarysować pole sporu.

W tej sytuacji kontynuacja polemiki na blogu przestaje mieć walory poznawcze. Proponuję przenieść ją na inne pole. Po prostu napiszę tekst, w którym bez nadmiernych uproszczeń przeanalizuję interesujacą nas problematykę, odnosząc się zarazem precyzyjnie do Pańskich wypowiedzi w sposób, który - mam nadzieję - Pana usatysfakcjonuje. Mniemam, iż internetowy "Obieg" wyrazi zgodę na publikację takiego tekstu na stronie, dając jednocześnie Panu możliwość odpowiedzi. Sądzę, że to rozsądna, a przy tym wartościowa społecznie propozycja :)

Jeszcze tylko na koniec krótko o Przybylskim (Rany! Tego się nie da uniknąć). Otóż ja nie twierdziłem, że tekst nie był merytoryczny. Był. Co więcej, przynajmniej w kilku punktach zgadzam się z "Podróżą donikąd".
A raczej zgadzałbym się z nią, gdyby nie kontekst. Bo kolejny wpis to przecież "Potrzeba pamfletu". To pozwala chyba na wnioskowanie, że tekst o Pzybylskim to prolegomena do "teorii" pamfletu. To właśnie ten "kontekst", o który sie spieramy. Przy tym ja nie zarzucałem Panu, że Pan "kopie leżącego". Powtarzam - zarzut był taki, iż JAKO PAMFLECISTA NIE CELUJE PAN W OSOBISTOŚCI. Chyba, że nie jest Pan pamflecistą, albo godzi się Pan na to, by pamflet godził także w "słabszych" (z formalnego punktu widzenia może tak być, ale taki pamflet to "słabizna", bo komu są potrzebne pamflety na "słabych?)

pozdrawiam serdecznie i niech Pan uważa na siebie w (egzotycznej) podróży. Proszę nie wysiadać w SERWILLI! :)

środa, 26 września, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Myślę, że lepiej będzie , jak napiszę Pan to tu - udostępnię łamy (co byłoby logiczniejsze, bo będzie Pan pisał o m.in. tym, co ja piszę).

proszę pisać: krytykant@onet.eu

ja tez spróbuję zdobyć do Pana kontakt... :)

środa, 26 września, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Świetnie byloby, gdyby tomek kozak zalozyl swoj osobny blog. ciekaw jestem jego artystycznych wyborow, bo poglady juz znam. moze bylby to niezalezny glos, promujacy inne wartosci i inna sztukę.

sobota, 29 września, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

W każdym razie tę bitwę wygrał Tomek Kozak. Bardzo lubię Krytykanta zarówno za to co pisze jak i prywatnie ale denerwujące bywa jego poczucie nieomylności dlatego miło zobaczyć jak ktoś nieco uciera mu nosa. Oczywiście obaj panowie są tu przekonujący w wielu rzeczach, które głoszą ale jednak pan Tomek znacznie bardziej.

sobota, 06 października, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

ależ bitwa się jeszcze nie skończyła... ;-)

sobota, 06 października, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Tomek Kozak wygrał? W czym?

We wniosku, że krytyka słabych jest zła? Proponuję zajrzeć do słownika i przeczytać, co też oznacza słowo krytyka...

Jeśli to nie wystarczy, podpowiem... tezy Krytykanta opierają się na spostrzeżeniu, że
dobrych można chwalić zauważając ewentualne niescisłości, a złych, TRZEBA wskazywać, a krytykując być merytorycznym do końca... nawet jeśli może to zaboleć krytykowanego... lepiej bowiem, by mniej było słabych, lub by przez krytykę, lub polemikę, sięgali wyżej, niżby miało zostać jak jest... czyli słabo...

Także, jeśli chodzi o stan "psychofizyczny" krytyki... ;)

Co innego, czy krytykant ma rację w osądach, to oczywiście nie jest pewne... ale... jest pewne, że jest słuszny jego wniosek, iż tylko dyskurs, choćby ostry - między krytykami, czy ogólnie zainteresowanymi, może prowadzić do jakichś sensownych wniosków...

i tylko tego zdaje się dowodzić niezbicie... ta "jeszcze nie skończona" jak zapowiada Krytykant, rozmowa...

C.D.N.? ;)

piątek, 12 października, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

Emil Zola... cóż... Manet to tylko i aż artysta, człowiek - sięgając szerszej perspetktywy... nie był doskonały, nie był jedyny słuszny... ale na tyle interesujący... że wzbudzał ostre, różnorodne osądy... Tu się nagle i po raz pierwszy chyba... zgodzę z Krytykantem, Sasnal też mógłby być przykładem tego, który asymiluje i skutecznie, inteligentnie wykorzystuje istniejące wcześniej tendencje i motywy... i umie zagrać na uczuciach widza, na nawykach... też... szkoda tylko, że nie jest to dla mnie osobiście wyraz geniuszu..., a conajwyżej wybitności... ;)

piątek, 12 października, 2007  

Prześlij komentarz

<< Home