piątek, czerwca 15, 2007

Letnia sztuka letnią porą

Na czas letniego, przedwakacyjnego rozprężenia, Raster przygotował dwie wystawy. Jedna jest letnia także gatunkowo, obie, co ciekawe, penetrują faktyczny i symboliczny obszar gruzów pozostałych po środkowoeuropejskim komunizmie.

Zacznijmy od lepszej. Mauzoleum (do 30 czerwca) autorstwa Olgi Mokrzyckiej i Mikolaja Grospierre’a to prosta, liryczna instalacja typu site specific. Stojącą za nią historię znają już Państwo zapewne z prasy wszelakiej, więc zacytuję tekst ze strony galerii (nie ma potrzeby lać wody i ubierać go w inne słowa): W centrum Tbilisi, stolicy Gruzji, znajduje sie niecodzienne, stworzone w latach ’70 XX wieku założenie architektoniczne - trzypoziomowe, podziemne centrum kultury i handlu. Obecnie zdewastowane i w dużej części opuszczone, pozostaje reliktem sowieckiej architektury. Jedynym wciąż jeszcze „żywym” miejscem w całym kompleksie dawnego Placu Rewolucji jest „Animal World” - niezwykła kolekcja 500 wypchanych zwierząt, swoiste prywatne muzeum stworzone przez jednego człowieka - Nugzara Dzanashie. Wszystkie okazy zostały przezeń upolowane i własnoręcznie wypchane, a następnie zaaranżowane w postaci stałej ekspozycji na najniższym poziomie betonowych podziemi. Dzanashia był za czasów sowieckich znana osobistością, uczestniczył w polowaniach z prominentami ówczesnej władzy, która wsparła jego pasję przekazując wiele lat temu lokal na potrzeby „Animal World”.

Grospierre i Mokrzycka ów zbiór sfotografowali i przenieśli do podziemia (de facto swego rodzaju zaplecza organizacyjnego) Trybuny Honorowej PKiN. W mniejszej salce umieścili wypchaną sarnę, którą można obserwować tylko zza szyby. Karykatura dawnej epoki w jednym z jej symboli. Chichot historii.

Projekt duetu Grospierre/ Mokrzycka budzi we mnie ambiwalentne odczucia. Z jednej strony jest niewątpliwie wdzięczny, nośny, z błyskiem. Zgrabny i wysmakowany. Z drugiej - mimo, iż z rozmysłem umieszczony w Trybunie, to ta mimo wszystko „kradnie” mu chyba nieco czaru. To znaczy - bardziej zachwycam się Trybuną samą w sobie, niż ideą umieszczenia weń tej dokładnie pracy tak, by spoić je ze sobą w nierozerwalny twór. To jednak dzielenie włosa na czworo, być może także moje subiektywne gusta odnośnie tego typu architektury i właściwego jej detalu.

Oczywiście wypchane zwierzęta łatwo odbierać jako smutny obraz nieudanej utopii. Także jako symbol totalitarnego systemu jako takiego - tworu z natury sztucznego, podającego ersatze rozwiązań, a nie rozwiązania; do tego patroszącego nie tylko wrogów, ale także niewinne jednostki. Tego typu konotacji jest bardzo dużo, ale nie bójmy się odczytań jak najbardziej aktualnych. Czyż figura Nugzara Dzanashie, niegdyś ponurego raczej kacyka, konformisty, „człowieka bez właściwości”, który po upadku hegemona bez problemu odnalazł się w nowej rzeczywistości - nie ilustruje szerokiego zjawiska postkomunizmu z całą podległą mu groteską? Jego trwałości i popularności na scenie politycznej krajów byłego Bloku Wschodniego? Czyż nie jest symbolem naszych Olków, Leszków, Jurków i Marków - ludzi trwałych jak marmur, ale bynajmniej nie z marmuru? Tych wszystkich person, którzy z właściwą sobie elastycznością zagospodarowali miejsce lewicy w politycznym dyskursie i ani myślą ustąpić pola nowocześniejszym w tej materii formacjom? Którzy, w końcu, idee lewicy wynaturzyli i spowodowali tym samym istotne spustoszenie w umysłach wyborców? A same trofea? Czyż nie są to bezbronne ofiary reżimu, którego istotnymi trybikami byli rozmaici Dzanashii - z tego, co wygląda, niezbyt przywiązani do idei, a raczej do doraźnych fruktów? Czy wypchane zwierzęta są dla Dzanashii wyrzutem sumienia, czy tylko środkiem do celu - zmiennego w zależności od czasów? W tym kontekście wypchana sarna to ciągła realność tamtej epoki (właśnie w postaci postkomunizmu), ale jednocześnie jej sztuczność i stojąca za nią ułuda, że może coś jeszcze znaczyć, zaś jej niegdysiejsi prominenci - zdziałać. Żywy trup.

Nie chcę oczywiście powiedzieć, że to praca o lustracji (choć byłoby to perwersyjne), ale o pewnej mentalności i już nie pewnym, ale bardzo konkretnym dziedzictwie - niewątpliwie. Nawet, jeśli są to odczytania na wyrost, to dobrze, że Mauzoleum je generuje. To zresztą kolejne źródło mojej ambiwalencji. Bo może owa sarna to tylko element ze wszech miar zbędny, kropka nad i, o jedno słowo za dużo, spalenie dowcipu? Element nie wnoszący nic ponadto, co główna część wystawy? Nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak przegadanie to jedna z bardziej zaraźliwych chorób sztuki najnowszej. Niemniej praca Grospierre’a i Mokrzyckiej wpisuje się w szeroką, aktualną narrację, a jednocześnie jest uniwersalna. Przy tym nie razi dydaktyzmem, operuje aluzją będąc przy tym wręcz elegancką w formie. Innymi słowy, jest interesująco, sprawnie i spektakularnie, choć bez fajerwerków.

Gorzej jest z wystawą Cipriana Mureşana w Rastrze (Wygnanie z raju, do 23 czerwca). To typowy konstruktywizm (od konstruktów), kilka banalnych konceptów, ironicznych - znowu! - gierek, błyskotliwych skojarzeń. Fragment Psa Andaluzyjskiego przerobiony na modłę Shreka z powodzeniem mógłby znaleźć się na You Tube jako bezpretensjonalny wytwór grafika obdarzonego ciętym poczuciem humoru. Dziełko typu „obejrzeć i zapomnieć”. Zrobił je jednak artysta, więc wynikające zeń kontrasty czy wnioski o paradoksach współczesnej kultury rysują się już grubaśną krechą. Inne, króciutkie, zapętlone wideo przedstawiające dziecko czyniące „dorosły” gest typu „już po tobie” (przejeżdża palcem po szyi), przypomniało mi niestety film z ubiegłorocznej Willi Warszawa. Mureşan pokazał tam obraz, gdzie jego syn miesza Colę z Pepsi. Byłoby niezłe, ale jako przewrotna reklama. Lżejsze jest już wideo, na którym widzimy dzieci czytające Nosorożca, dramat Ionesco o totalitaryzmie. Jak się wydaje, nic z niego nie rozumieją i jest to aż nadto wymowne. To najlepsza z „dziecięcego” tryptyku praca i najlepsza na wystawie.

Osobny klimat mają dwie (konceptualne) fotografie. Na pierwszej widzimy nadgarstek ojca artysty naznaczony blizną. Mureşan twierdzi, że to ślad po próbie samobójczej, ojciec - że po skaleczeniu szkłem. W dobie komunizmu należał on jednak do Securitate, jak podaje Wikipedia, największej służby bezpieczeństwa w krajach Układu Warszawskiego pod względem stosunku liczby tajnych współpracowników do liczby mieszkańców. W czasie obalenia Ceauşescu stacjonował w Bukareszcie i syn podejrzewa, że w obliczu absolutnej klęski - a także, zapewne, zawalenia się prywatnego świata - próbował odebrać sobie życie. A może powodował nim po prostu strach - bał się, że stracą go, jak Wodza? A może to gest zadośćuczynienia? Historia niewątpliwie zajmująca, paląca do żywego, aktualna, jednak nie wiem, czy dźwiga ją małe zdjęcie. Szczególnie porównując jej plastyczną emanację do tego, jak z podobną przecież opowieścią rozprawili się Grospierre i Mokrzycka. Mureşan płomyk refleksji o winie, ale także nieusuwalności przeszłości - z jej dramatycznymi wyborami, rozterkami, popełnianymi błędami i trudem wyznania win - raczej zdusił, niż rozdmuchał. Szkoda, że nie dostajemy od artysty nic, poza impulsem do własnych przemyśleń. Ale przecież także i to, że dziś mamy wybór jedynie między Pepsi a Colą, zostało pokazane dosłownie. Abstrahując od tego, że to konstatacja o tyle trywialna, o ile nazbyt powierzchownych obserwacjach.

Podobna sytuacja jest z drugim fotosem, przedstawiającym podziurawione drzwi. To z kolei ilustracja starego rumuńskiego obyczaju: kiedy dziecko „zgrzeszy”, ojciec wbija w drzwi gwóźdź. Dopiero „odkupienie win” powoduje jego wyjęcie - jednak ślady pozostają. Znowu - ciekawe, buduje szereg - multum! - odczytań (w skali prywatnej, jak i politycznej), jednak ma zbyt prosty mechanizm. Mureşan chce od nas refleksji, jednak nie daje nic w zamian.

Do problematyki niezrealizowanej utopii odnosi się także seria konceptualnych rysunków - ilustracje rozdziału 12 krzeseł z książki Ilfa i Pietrowa pod tym samym tytułem. Jak podają kuratorzy, widzimy nań opisaną tam, zakończoną fiaskiem próbę wcielenia się bohatera w rolę artysty zarabiającego na propagandowych fuchach. I ostatnia praca: fotograficzny found footage przedstawiający żołnierzy dla zgrywy udający martwych. Zderzenie domniemanej powagi ze szczeniackim wybrykiem, znowu, sprawia, że uśmiechamy się na sekundę pod nosem i idziemy dalej.

Te projekty to sztuka łatwa, bez drugiego dna, formalnie nijaka, a przez to przewidywalna. Niewątpliwy dowód inteligencji, jednak tą obdarzanych jest wielu. Nadto mentalne kolaże i skojarzenia wyprodukowane przez wrażliwego człowieka - jednak i tych nie brakuje. Można powiedzieć - to szkice, dobry materiał na ciekawe realizacje. Strategię Mureşana najlepiej spuentowali kuratorzy, tyle, że dla mnie to fraza o wydźwięku wręcz ironicznym: Codzienne, banalne rytuały mieszają tu się ze złowieszczymi gestami, podobnie jak współczesna cywilizacja miesza różne porządki i wartości.

Rozumiem, że wymaganie, by sztuka była ideą samą w sobie, a nie tylko ideę - czy raczej pomysł - ilustrowała, to jest wymaganie przesadne, jednak w stosunku do Rastra ciągle je posiadam.

Na ilustracjach (od góry):
1.Trybna Honorowa PKiN. Front.

2.Trybuna Honorowa PKiN. Zejście na „zaplecze”.

3.Olga Mokrzycka i Mikolaj Grospierre,
Mauzoleum, 2007
4.Olga Mokrzycka i Mikolaj Grospierre,
Mauzoleum, 2007, fragment

5.Ciprian Mureşan, 12 krzeseł, 2007 (?), fragment

6 - 8.Ciprian Mureşan, nie znalazłem tytułu (
Shrek), kadry, 2007

+ Więcej ilustracji na Box’ie

Etykiety:

8 Comments:

Anonymous Anonimowy said...

pisze kolega, że sarna u Olgi i Mikolaja moze jest juz kropką nad 'i' i zbednym dopowiedzeniem. Ja mysle ze kropką nad 'i' wobec podziemia w Tibilissi i w ogole kontekstu takich 'zapomnianych przypominajek o czasach ktore wlasnie mijają" jest sama wystawa. Po co powtarzaĆ (czyt kopiowac w 2 procentach skuteczności ) cos co już jest i w orginale rzeczywiscie moze byc trawiąco mocne a w reprodukcji juz na pewno nie. Po co isc na kolejny wieczorek pt'nasze karty juz dawno są odkryte - wszystko juz bylo w nocie prasowej - nic nie moze sie wydarzyc - przyjdz i powiedz potem ze bylo super. Mam przychodzic i sprawdzać czy udalo sie "elegancko" pokazać projekt? Sorry ale, Raster wrecz wyspecjalizował sie w pokazywaniu artystycznychych półproduktów. Wybór miejsca na prezentację czytam jako probę " odpisania " warunków wyjsciowych czyli podążanie za pierwszym odruchem i dopasowywanie się z miejscem prezentacji w Warszawie do miejsca rejestracji w Tbilisi. Przepraszam ale drodzy państwo - tak robią najgorsi i ci ktorzy po prostu pracują bezpiecznie dla zadowolenia miłych miejskich cyklotymicznych grubasków i ich miekkich żon. Szkoda.
Ps: wystawy Rumuna nie komentuję - naprawde nie jest tego warta - zamęcza wtórnoscią doskonale i natychmiast - nie przebrnąłem

piątek, 15 czerwca, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

tak jak Krytykancie napisales o filmie z wystawy w Rastrze, ze powinien znalezc sie bezpretensjonalnie na You Tube, tak samo te zdjecia powinny sie znalezc poprsotu w jakims magazynie, fluid, machina, laifstyle. i tyle. i byloby super. to zawracanie glowy z pokazywaniem ich w trubunie h. i zawracanie glowy z ta cala NADinterpretacja o komunie i rozpruwanych i 'wypychanych' jej ofiarach. Mysle, ze nie bylo takiej sugestii, nawet delikatnej, w zamiarach autorow. Ot fajne zdjecia , dobrze obrobione, w fajnym miejscu pokazane, no i raster fajny. Wysoko cenisz rastra, to zrozumiale.

piątek, 15 czerwca, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

haha, może ma Sz.P. rację, a to tylko upał mnie rozmiękczył?

co do jakże zgryźliwego opisu środowiskowego "bywania" itp - to nie wiem, czy gdziekolwiek na świecie jest inaczej; co za różnica, po co się nad tym pochylać?

jednak (ad Anonim 2) mam nadzieję, że to coś więcej (świadomość kontekstów), niż "fajna" estetyka (czy "fajne" tło dla modeli w sesji foto). zresztą, jedno drugiego nie wyklucza.

pozdr
K

piątek, 15 czerwca, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

gwoli scislosci "drzwi" i "reka" muresana to JEDNA praca. to wlasnie gra motywami "slady po bledach syna" "wina-slabosc ojca" stanowi jej sedno.
jesli zas idzie o "nosorozca" to nalezy pamietac, ze ionesco jest tworca teatru absurdu, co w przelozeniu na dzisiejsze czasy oznacza, ze humor i ironia jego dramatow sa rodem z przedstawienia studniowkowego (wiem, to dosc stanowcze i dosadne porownanie ale trudno mi sie od niego powstrzymac). "bezsensowna fabula, powtarzajace sie dialogi, brak logicznej konsekwencji zdarzen". jesli tak na to spojrzec to zderzenie "dramatu o totalitaryzmie" z "mechaniczna recytacja dzieci" nie jest juz tak powalajace i przestaje dziwic, ze (dzieci) zdaja sie nic z tego tekstu nie rozumiec.

jakub

piątek, 15 czerwca, 2007  
Blogger Krytykant | Kuba Banasiak said...

Ok, dziękuję bardzo za sprostowanie.

Undergroundowym zwyczajem Rastra prace nie mają podpisów, a co dopiero opisów... ;-)

Jednak fakt, iż jest to dyptyk nie zmienia mojej oceny...

co do Ionesco - ależ to świetne: "w przełożeniu na dzisiejsze czasy oznacza (to), że humor i ironia jego dramatów są rodem z przedstawienia studniówkowego". Czyż nie humorem i ironią posługuje się CM? ;-)

pozdr
K

piątek, 15 czerwca, 2007  
Anonymous jakub said...

no coz, po prostu mam do ionesco jakis uraz, pewnie po probie czytania wydanych niedawno dramatow. i chyba jednak wole humor i ironie muresana - jest naszkicowana nieco ciensza kreska. ale to juz kwestia osobistych upodoban..
pozdrawiam i czekam na nastepna notke

sobota, 16 czerwca, 2007  
Anonymous cyklotoniczny grubasek said...

zgadzam się z wpisem KB o projekcie w trybunie honorowej. to jest ciekawy komentarz do miejsca i sytuacji w postkomunistycznej polsce przedstawiony przez inteligentnych obserwatorów. nie rozumiem argumentu, że lepiej jechać do gruzji, to tak jakby o kozyrze mówić, że można pojechać do budapesztu albo przebrać się samemu za kobitę. argument bez sensu. muresana nie widzialem, bo mnie swietlica ostatnio odrzuca, może powinni skończyć z tymi pseudowystawami i działać jak fundacja, tu sprzedać tam zamieszać i do przodu.

poniedziałek, 18 czerwca, 2007  
Anonymous Anonimowy said...

idac dalej korytarzem ujzalam przecudne swiatla, migotaly wesolo wieloma kolorami. stanela mi przed oczyma nasza rodzinna jadalnia w ten switeczny czas. minelo kilka chwil nim wrocilam do siebie. ach to wieliczka w taka podroz mnie zabrala... spojz! tam! gornicy jak zywi konika popedzaja,zaraz wywioza na powiezchnie wozeczek soli. a tam rycerze i krolowa! otarlam lzy z policzkow, ktoz by pomyslal ze ten refleksyjny spazm przeszyje me serce w tym miejscu.

wtorek, 19 czerwca, 2007  

Prześlij komentarz

<< Home